Tak by się chciało spotkać cudzoziemca, móc się z kimś dzielić wspólnym zdumieniem. Na Parteitagu na ogół cudzoziemców jest niewielu. Dziennikarze — przeważnie zapracowani lub zblazowani i przeraźliwie moralnie obojętni, a niedziennikarze — to znowu zbiór fanatyków totalitaryzmu. Znałem dotychczas dziwaczki genewskie, znałem milionerki jeżdżące co roku do Moskwy, ale nie znałem menażerii poputczików dyktatury. Są oni o wiele bardziej „pomyleni” od przedstawicieli tamtych dwóch grup: młodzi Anglicy z długimi brodami; stare wymalowane Francuzki, witające z rozrzewnieniem le Führer wyprostowaną prawicą, a pod pachą lewicy trzymające pekińczyka; faszyści łotewscy, angielscy, irlandzcy, węgierscy itd.
Jedni Włosi swych dziwaków nie przysłali. Obecna jest oficjalna delegacja faszystów, która na całą norymberską histerię spogląda okiem wyraźnie zblazowanym i nawet pogardliwym.
Większość dziwaków — byli to goście partii. Aż zdumienie bierze, że partia nie robi poważniejszych starań o ściągnięcie bardziej znaczących, choćby nie byli tak bezkrytycznymi entuzjastami. Rezultat — nie ma nikogo o jakimkolwiek bardziej znanym nazwisku czy marce. Ci nieważni dziwacy są za to za swoje dziwactwo nagradzani, noszą ich na rękach.
Jedną z prawdziwie rozkosznych rozrywek w czasie Parteitagu było posiedzieć w hallu Grand Hotelu. Przechodzi von Blomberg207, szeleszczący orderami, w płaszczu mundurowym z czerwoną podszewką. Podszewka ta przypomina czasy, kiedy mundur nie wiązał się jeszcze w myśli z czymś tak okrutnym jak Wielka Wojna. Za nim drepce adiutant już zupełnie pozbawiony przedwojennego sznytu. W fotelu siedzi jakaś dama, prawdziwa dama, trochę przypomina ostatnią cesarzową tutejszą. Szyję ma ujętą w biały tiul naciągnięty na sztywną obrożę z fiszbinów. Uczesanie — rok 1908. Wita generała po hitlerowsku, ale masa staroświeckich bransoletek z brelokami i pierścionków o zamierających perłach nadaje temu gestowi pewną dystynkcję i kobiecość. Opodal siedzi dwóch z SA. Widać, że z ludu, bo ręce strasznie spracowane. Piją piwo i przyglądają się w milczeniu wielkim tego świata. W innym kącie quasi-międzynarodowo wyglądająca pani rozmawia z chłopką w pięknym autentycznym stroju. Tylko zachowanie się i twarz zbyt mało ludowe. Boję się, czy to nie jaśniepanienka z pałacu, która się bezczelnie zgrywa. Przy barze na wysokich taboretach już wyraźnie pseudowieśniaczki w pseudostrojach piją koktajle. Poza tym goście honorowi Auslandu208. Tu przeważają dwa typy: albo operetkowy arystokrata à la Redo209, albo wyraźny łyk-sklepikarz. Przy każdej grupie cudzoziemców siedzi jakiś Niemiec, przeważnie w mundurze, ale mimo to wygląda dystyngowanie i międzynarodowo. Dotrzymuje towarzystwa, objaśnia, ułatwia i wtłacza propagandę. Stara Angielka dziękuje za wspaniałe róże, które zastała u siebie w pokoju: „Jacy wy wszyscy jesteście dobrzy i kochani”... Zewsząd słychać świetną francuszczyznę, angielszczyznę, lingua toscana in bocca tedesca210 i tylko przy uważnym przysłuchaniu się odnajdziemy tłuste niemieckie „r”. Przy szatni stale przepełnionej stoi w kolejce w bardzo pomiętym mundurze szturmowca Parteigenosse Hohenzollern i czeka, aby oddać płaszcz.
Oglądam się, widzę, że wchodzi mój dobry znajomy, Anglik, oficer i adiutant jednego z książąt krwi. Miałem go dotychczas za przeciętnego, normalnego oficera. Pytam, co tu robi. Odpowiada, że jeszcze kiedy był w okupacyjnej armii nadreńskiej, zużył urlop, aby pojechać do Monachium i zapoznać się z ruchem narodowosocjalistycznym. A przecież teraz należy do British Mistery211 (druga litera „i”, nie „y” — zaznacza z naciskiem). Pytam się, co to za organizacja, ale właściwie nie jestem już ciekaw. Sama nazwa i ton mego rozmówcy dają mi do zrozumienia, że mam tu do czynienia z jakimś mętnym, mistyczno-antysemickim ruchem. Oczywiście, jak każdy ruch, British Mistery różni się zupełnie od wszystkiego innego i od niczego nie pochodzi, ale zdaniem mego przyjaciela jednakże można się czegoś w Norymberdze nauczyć. Wyraźny bzik, którego przez jedenaście lat naszej znajomości potrafiłem nie dostrzec. Ale tacy już są Anglicy.
Pod znakiem munduru
Wąskie i kręte ulice miasta pękają od ruchu. Chodniki nie wystarczają dla przechodniów, a jezdnia zapchana jest tramwajami, autokarami wiozącymi wycieczki okolicznościowe, samochodami wojskowymi i partyjnymi. Ruch ten co chwila musi być wstrzymywany, aby dać drogę jakiejś maszerującej kolumnie z orkiestrą lub częściej ze śpiewem. Śpiew ten jest zawsze świetnie rytmiczny, choć trochę ponury, ale za to nowe czy też wznowione marsze nie stoją kompozytorsko na wysokości niemieckiej tradycji muzycznej. Czasem spotyka się milczącą kolumnę, jak na przykład oddział pielęgniarek, a czasem słychać piskliwy dziecięcy śpiew, gdy kroczy kompania Hitlermädel. Kolumna przechodzi, pojazdy znów ruszają. Wozom prywatnym nie wolno w ogóle jeździć po mieście. Ci, co przybyli na Parteitag samochodami, muszą z ich używania tutaj zrezygnować. Tylko dość nieliczne taksówki mają prawo krążenia. Ruch jest tak wielki, że na wszystkich bardziej ożywionych placach i skrzyżowaniach ulic, poza istniejącymi już żelaznymi barierami dzielącymi chodnik od jezdni, stoi jeszcze kordon esesmanów, powstrzymujący falę przechodniów. Głośnik wciąż ryczy instrukcje dla pieszych, dla pojazdów, informacje o zmianie kursu tramwajów, a czasem nadaje płomienne mowy z kongresu. Słowem — inferno. I to trwa bitych osiem dni, bo już w przeddzień otwarcia Parteitagu ruch był wprost fantastyczny. Cóż dziwnego: miasto liczy wraz z rozległymi przedmieściami około czterystu tysięcy mieszkańców, a wiadomo, że w okresie zjazdu partyjnego same koleje sprzedały osiemset tysięcy biletów do Norymbergi. Większość tych przyjezdnych, choć mieszka w różnych obozach poza miastem, stara się jednak przebywać jak najwięcej w centrum, czyli w obrębie starego stłoczonego miasta. Obserwując ten bez końca przewalający się ruch, krzyk przekupniów, odgłosy muzyki z kawiarni i maszerujących orkiestr, wciąż myślę, że w mniejszych rozmiarach tak właśnie musiało się dziać w Polsce na elekcjach, a na Zachodzie w czasie soborów. Tylko że tam widać było podobno wybryki indywidualnego zbytku i zbiorowej rozpusty, a tu rzeczy mają się odwrotnie. Łaziłem nocami po mieście i nie spotkałem ani jednej, że tak powiem, ćmy nocnej. Jak już pisałem — w parkach głucho. Pytam Niemca o wytłumaczenie. Tyle młodzieży wolnej od rutyny codzienności, a ogrody po nocach tak nienaturalnie dziewicze. Mój znajomy odpowiada, że sam dobrze nie rozumie, ale wie, że tak bardzo protegowana przez reżim Kameradschaft212 powoduje wielkie wzmożenie konsumpcji piwa, co może w dostatecznym stopniu wypełnia młodzieży wieczory. Nie dziwię się zresztą, że Niemka, jaką ją pragnie widzieć Trzecia Rzesza, ułatwia ascezę „odrodzonym” Niemcom. Idę zatłoczonym chodnikiem. Nagle sześciu policjantów w sposób nadzwyczaj gwałtowny „oczyszcza” chodnik przed wejściem do jakiegoś hotelu. Po trzech z każdej strony wstrzymują ruch pieszych. Przechodzę na przeciwległą stronę ulicy, aby się lepiej przyjrzeć. Przypominam sobie, że w hotelu tym mieszka Himmler i że u wejścia stoi warta policyjna. Wtem, nie wiadomo skąd zjawia się na środku jezdni trzech policjantów, następuje nieprawdopodobnie zmechanizowana zmiana warty. Oczy miotają płomienie, Gänseschritt wprost imponuje swą baletową, choć niepotrzebną techniką. Menuecik na miejscu skończony i zluzowana warta odchodzi jak w filmie rysunkowym. Stoję i uśmiecham się. Nagle słyszę koło siebie groźny głos: Warum lachen Sie?213 — mówi mi jakiś mały człowieczek trzymający za rękę umorusane dziecko.
Ma lat trzydzieści i jest typowym proletariuszem. W innym kraju byłby bezwzględnie przekonań lewicowych. Odpowiadam mu, że się nie śmiałem, tylko uśmiechałem, bo rozbawiło mnie rozagitowanie policjantów wstrzymujących tłum, jak gdyby przynajmniej sam Führer miał przyjechać. Ale na to słyszę: przecież zmiana warty to akt uroczysty, nie tylko w wojsku, ale także w marynarce i w Luftwaffe, i w SA, i w SS, i w NSK, i w HJ, i w AD, itd., itd. Oczywiście nie staram się nawet stanąć w obronie mego świętokradzkiego uśmiechu.
Żydzi
W całym tłumie i w ciągu całego tygodnia nie widziałem ani jednej żydowskiej twarzy. Wśród umundurowanych czasem zdumiewał wprost swą jawnością profil semicki, ale to dlatego, że Aryjczycy nie są jeszcze dość fizycznie zglajszachtowani. Wiem jednakże, że w Norymberdze Żydzi są. Świadczy o tym chociażby ogromna, niedostępnie zamknięta, bardzo brzydka synagoga. Żydzi byli stąd wypędzani dwa razy. Ostatni raz w XV wieku, przy czym zamknięto bramy murem otoczonego getta, które się mieściło tam, gdzie obecny Hauptmarkt (od trzech lat Adolf-Hitler-Platz), i całą osadę wraz z mieszkańcami spalono. Na miejscu synagogi wybudowano cudowną Frauenkirche. Żydzi powrócili dopiero w połowie ubiegłego roku. Jak widzimy więc, Norymberga, kolebka „Stürmera” i stolica Streichera214, ma za sobą nie byle jaką żydożerczą przeszłość. Pytam, gdzie są Żydzi. Okazuje się, że albo nie wychodzą z domu, albo wyjechali na czas Parteitagu. Chcę coś kupić w sklepie konfekcji męskiej. Zamknięty. Myślę, że pora obiadowa. Powracam po południu i znów nie mogę się dostać. Idę do sąsiedniego sklepu i pytam o powód. Es ist doch ein jüdischen Geschäft. Jüdische Geschäfte werden alle während des Parteitages geschlossen215. Próbuję szczęścia w innych sklepach mających na wystawach to, czego szukam. Wszystko zamknięte. Idę więc do braci Aryjczyków. Sklepy wyglądają podrzędniej, tandetniej, mniej szykownie. Nigdzie nie mają tego, czego poszukuję. Czekam aż do dnia po zamknięciu zjazdu. Idę do jednego z żydowskich sklepów, przyglądam się wystawie i już chcę wejść, gdy bardzo zażenowana pani stojąca przy wejściu, typowa tercjarka, bez wieku i czarno ubrana, zagaduje mnie porozumiewawczym szeptem: Verzeihen Sie, aber es ist ein jüdisches Geschäft216. Odpowiadam, że dziękuję, że wiem, i wchodzę. Pytam pannę sklepową, która wygląda zupełnie na Aryjkę, czy ta damska warta zawsze tak sterczy. Mówi mi, że nie, że nigdy przedtem, że to tylko może chwilowo, dopóty, dopóki jeszcze jest taki duży zjazd ludzi nieznających dobrze miasta. Jestem zapewne pierwszym klientem, gdyż przyjmują mnie prawie z rozrzewnieniem, chociaż z pewnym lękiem. Pytam, czy sklepy żydowskie były zamknięte dobrowolnie i dowiaduję się, że był rozkaz. Zrozumiałem jednak od razu, że niczego więcej się nie dowiem, bo i tych skromnych informacji udzielono mi po pewnym wahaniu i niechętnie. Obszedłem wszystkie sklepy, które w przeddzień były jeszcze zamknięte. Paniusie pilnowały wszędzie. Były tego samego pokroju, co sprawujące opiekę nad dziewczętami na dworcach. Dobre, zacne, ideowe. Wychował je sobie Gauleiter Frankonii, Streicher, za pomocą „Stürmera”. Ponieważ już na wiosnę bieżącego roku „Wiadomości Literackie” (nr 649) podały dość obszerną charakterystykę tego pisma, muszę tylko dodać, że jego ton superbrukowy, jego sadystyczno-pornograficzne zacięcie i jego niesłychanie niski poziom w niczym się nie zmieniły. Tygodnik ten czytany jest jednak powszechnie. Znajomi mi mówią, że ich kucharki nic innego czytać nie chcą, ale dziwi fakt, że wśród inteligencji w hallu Grand Hotelu niejeden pan spaceruje z tą szmatą pod pachą. „Stürmer” od początku istnienia wychodził w Norymberdze, podczas Parteitagu wybudował sobie kioski w całym mieście.