To biedne wojsko, narażone na tyle niebezpieczeństw pokojowych, pokazano nam po południu. My, cudzoziemcy, byliśmy nieco rozczarowani. Spodziewaliśmy się czegoś bardziej kolossal. W Polsce miałem sposobność widzenia prawie że tylu samolotów i obserwowania chyba równie pięknych zbiorowych akrobacji. W pierwszej chwili na horyzoncie ukazała się popielata chmurka w formie cygara i wkrótce poznaliśmy w niej Hindenburga245. Przyleciał tuż nad trybuny, opuścił się tak nisko, że widać było ludzi w oknach, wywiesił flagę i trwał z pięć minut w jakimś gnuśnym bezruchu i tępocie nad naszymi głowami. Ciężkich tanków nam nie pokazano, podobno ze względu na chęć zaoszczędzenia powierzchni Zeppelinwiese. Sprawność oddziałów wojskowych była oczywiście wspaniała, ale my po tygodniu Parteitagu byliśmy już zblazowani. Bitewka na niby wyglądała bardzo gemütlich246, a obłoczki granatów kazały myśleć o płótnach Wouwermana247.

Świetne są orkiestry konne. Kiedy grają, podjeżdżając Kurzgaloppem248, nie tracąc ani tempa, ani rytmu, imponują. Konni dobosze z cuglami u strzemion wyprawiają najkunsztowniejszą żonglerkę kijami i poza tym bębnią doprawdy artystycznie. Wielkie też mają powodzenie. Nie widzę jednak ich zastosowania przy wojnie gazowej i powietrznej. Hitler znów przemawia. Mówi identycznie to samo, co się obecnie mówi w każdym kraju do wojska i o wojsku. „Naród i wojsko to jedno”, itd.

Znużeni trzygodzinną defiladą i sześcioma dniami Parteitagu wleczemy się jeszcze na zamknięcie kongresu. Tę ceremonię przebywamy, stojąc mniej więcej przez cały czas na jednej nodze, gdyż na dwie nie ma miejsca. „Włościanie” zajęli wszystkie wolne i „zajęte” miejsca. Końcowa mowa Führera przynosi trochę dawnej, już dziś rzadko słyszanej chrapliwości, natężenie inwektyw i mało co poza tym. Jest to mowa typowo wewnętrzna, wypowiedziana przez człowieka widocznie bardzo zmęczonego.

Odjazd i wnioski

Wreszcie, wreszcie koniec. My, na których podnieta propagandy nie działa, zataczamy się wprost umysłowo. Jadę na dwadzieścia cztery godziny do cudownego Bambergu, aby spokojnie pomyśleć. Jaka szkoda, że Norymbergę można opuszczać bez żalu. O godzinę koleją — co za kontrast! Katolicki Bamberg to klasztor przy klasztorze, to barokowe odrapane domy, z których dolatują nieomylne dźwięki lekcji fortepianu, to długie ogrodowe mury, przez które przelewają się kaskady staroświeckich kwiatów z zapuszczonych ogrodów. Tu panuje prawdziwy spokój. Tu nie czuć „nachalstwa” partii. No, chyba tylko, kiedy się spytać kogoś o zdanie. Odpowiedź jest ta sama, zawsze ta nauczana w klasie Weltanschauung, wypowiedziana mechanicznie i niedopuszczająca dalszych pytań. Tak! Ludziom w Niemczech dano spokój za cenę przekreślenia siebie. Ta unifikacja społeczeństwa robi tak silne wrażenie, że kiedy widzę jakiś świetny świeżo ukończony gmach, zastanawiam się, kim jest właśnie jego twórca. Czy on też pędzi zobaczyć Führera, czy też maszeruje w szeregu, bo do jakiejś organizacji musi przecież należeć.

Siedzę więc dobę w Bambergu, tłukę się ku Polsce czternaście godzin i wciąż myślę. Niemcy dzisiejsze to twardy orzech do zgryzienia dla dziennikarza. Opuszczam kraj, gdzie większość ludzi nie jest szczęśliwa, to pewne. Czy większość ta patrzy się ufnie w przyszłość, jak na przykład w Stanach Zjednoczonych — nie. O przyszłości się nie myśli. Chwila obecna pochłania całkowicie uwagę mas. Masy te są całe poprzetykane jednostkami uprzywilejowanymi, czyli członkami partii. Oni to muszą odgrywać rolę drzew, które się sadzi do umocnienia lotnych piasków. Przyszłość okaże, jak głęboko zapuścili korzenie.

Przez cały czas pobytu w Niemczech udało mi się zanotować dwa następujące objawy „opozycji”. Kelnerka, kiedy przed wyjściem z restauracji powiedziałem jej Grüss Gott, odrzekła z cichym zapałem: Es ist doch der schönste Grüss249. A nazajutrz, kiedy błąkałem się po cudownej Lorenzkirche250 i oglądałem z najgłębszym wzruszeniem nieporównane dzieła Wita Stwosza, a z ulicy dochodziły odgłosy bębnów i maszerującego oddziału — zwróciłem się do kościelnego z uwagą, że mom zdaniem w tym kościele żyją prawdziwsze Niemcy niż te hałaśliwe na ulicy. Kościelny nic nie odrzekł — to już bardzo wiele — ale w dodatku uśmiechnął się błogo i popatrzył na mnie z wyraźną wdzięcznością. Był to zapewne „opozycjonista”. Jechałem do Niemiec z podświadomą nadzieją, że Hitler, który ostatecznie robi w Europie, co chce, a przy tym robi to zgrabnie, i w którego dziwny idealizm wierzę — wystrzeli na Parteitagu jakimś genialnym pomysłem dla utrwalenia pokoju świata.

Jechałem na Parteitag, jak się otwiera gazetę z tabelą loterii — bez wiary, ale z nadzieją na cud. W Norymberdze cudu się nie doczekałem. Recepty na wszechświatowy pokój nie usłyszałem. Wywiozłem jednak dwa dość pozytywne wrażenia. W obecnej chwili — bo tylko o tej można mówić — ustrój narodowosocjalistyczny nie chce i nie przewiduje wojny. A zatem ustrój ten nie uważa siebie za wzór nadający się do naśladowania w innych krajach. Wyraźnie nawet wyrzeka się wszelkiego prozelityzmu. Fakt ten niewątpliwie świadczy dość sympatycznie o hitleryzmie, choć stanowi słabą dla świata pociechę. Komunizm dla rozkrzewienia się potrzebuje niesłychanych robót podziemnych i wielkich pieniędzy, choć pierwotnym jego hasłem jest po prostu dobrobyt dla wszystkich. Nacjonalizm natomiast, który przede wszystkim grozi wojną z sąsiadami, który w najlepszym wypadku oddziela kraj murem autarkii i samozadowolenia od reszty świata — nie potrzebuje żadnego kapitału zakładowego. Hasło „Bądź dumny, że jesteś Estończykiem czy Baskiem” wystarczy bez poparcia ościennego państwa do znacjonalizowania każdego kraju.

Ale zaraza nacjonalizmu, na którą się tak chętnie godzą wszyscy ludzie tak zwani dobrze myślący, no i ci, którzy mało co dbając, uważają rezygnację za wygodny stan duszy, nie panuje wszędzie w równym natężeniu. Są kraje, gdzie zaledwie zaczyna swą smutną robotę. Toteż wjeżdżając do Polski, jednakże odetchnąłem z wielką ulgą. Stacja Zduny po dziesięciodniowym pobycie w Trzeciej Rzeszy pozwoliła mi na łatwe zestawienie — tu jest jak u Pana Boga za piecem, czy też prawie...

„Wiadomości Literackie” 1936, nr 44 (676).