Następnego dnia odbyła się parada Arbeitsdienstu. Na trybunach nie ma ani jednego wolnego miejsca. Przyjeżdża Führer. Słychać jak zwykle wielotysięczny ryk. Pole zaczynają wypełniać oddziały. Maszerują sprawnie, gdy kolumna zawraca pod prostym kątem, nagle jak łuska srebrzą się oparte na ramionach łopaty. Takie pojawianie się i znikanie kilkudziesięciu tysięcy łopat wypada nad wyraz efektownie i wywołuje wśród widzów wielką radość. Stara Angielka koło mnie, która salutuje każdą flagę każdego oddziału, a potem krwiożerczo rzuca się na swój notes, ażeby nie uronić żadnego ochłapu swych bezcennych wzruszeń — doprowadza mnie do szału. Wciąż ubolewa, że słońce za blade, że łopaty nie dość świecą, że las sztandarów za mało się rozbujał. Chwyta mnie za łokieć i mówi głosem zdławionym ze wzruszenia: „Jak ci chłopcy maszerują. Prawda, zupełnie nie jak wojsko, jakoś elastyczniej”. Zamawiam sobie u niej rozmówkę na ten temat, kiedy będzie oglądała maszerujący desant Arbeitsdienstu w Anglii. Ta moja uwaga bardzo ją gorszy. Ale za to śmieje się wesoło z niesłychanie płaskich dowcipów o Francuzach i Żydach, którymi zachęca kupujących kolporter „Völkischer Beobachter”. Oddziały w takt muzyki stopniowo zajmują całe pole i na daną komendę, kiedy już stoją na przeznaczonych miejscach, w migawkowym tempie kładą obok siebie łopaty, zdejmują tornistry i siadają na ziemi. Jest to manewr nieprawdopodobnie szybki i sprawny: wywołuje on burzę oklasków i przyjemnie świadczy o pewnym rozsądku wprowadzonym do normalnie nużącego drylu wojskowego.

Przed trybuną Führera wystawiono bardzo sowiecko wyglądający pomnik z emblematami służby pracy. Z głębi pola zjawia się i kroczy kolumna szerokości jakichś pięćdziesięciu ludzi. To chłopcy z Arbeitsdienstu, ale ci na znak pracy i męskiej siły są rozebrani do pasa. Kroczą i śpiewają. Jest ich zapewne kilka tysięcy. Efekt jest imponujący, choć pomysł niewątpliwie pachnie starym Żydem Freudem. Przed rokiem 1933 obecni władcy nazwaliby taki nudyzm objawem zgniłego bezwstydu i homoseksualizmu. Golasy otaczają pomnik, przy czym odbywa się mnogość kunsztownych ewolucji. Następuje uczczenie poległych. Rozpoczyna się coś, czego nie potrafię określić inaczej niż świeckie nieszpory. Jakiś kantor czy kanonik kapituły głosem typowego klechy wzywa do skupienia. A tymczasem przed frontem formacji stanęło kilkudziesięciu chorążych z długimi flagami i na pewien znak w takt muzyki zaczyna wymachiwać nimi w sposób uczony i zawiły. Przypomniały mi się czasy przedwojenne, kiedy to w „iluzjonach” niewiasty o niezmiernie obfitych sukniach tiulowych robiły motylowe efekty w stylu Loie Fuller236, podnosiły spódnice patyczkami, a tymczasem latarnia magiczna dodawała temu wszystkiemu barwy i kalkomaniowego czaru. To całe Fahnenweihe237 wydaje się zbyt baletowe, no i gdzie świętość flagi?

Po południu — znów posiedzenia kongresu. Ta sama prozopopea i pompa. Uderzają coraz gwałtowniejsze akcenty antyżydowskie i antysowieckie; słychać wyraźniejsze podkreślanie strony socjalistycznej narodowego socjalizmu. Powtarza się często zdanie, że w Niemczech nie ma już robotnika i pracodawcy, gdyż wszyscy w zasadzie pracują tylko dla państwa. Mimo woli rozglądam się po sali, gdyż mowy są długie i bardzo do siebie podobne. Uczestnicy kongresu nie opuszczają za to ani jednego słowa, reagują oklaskami na każdy właściwą intonacją głosu zakończony okres. Często jednak i obcokrajowca wyrwie z odrętwienia jakieś mocniejsze zdanko. Oto właśnie doktor Ley ogłosił nieomylność Führera. (Tak!) Kościół katolicki mało się na tym dogmacie w swoim czasie nie „wywalił”, a tu zostało przyjęte przez aklamację, jako rzecz ogólnie uznana, że der Führer hat immer Recht238. Tenże Ley, wychwalając standard życia robotnika niemieckiego, porównywał cyfry spożycia i zarobków w Niemczech jedynie z Rosją Sowiecką. Tandetność tej propagandy aż podrywa neutralnego słuchacza. Dlaczego na przykład nie zrobić porównania ze Skandynawią? Kiedy mowa o robotach drogowych czy taborze kolejowym — również „wyjeżdża” kontrast rosyjski. A ja słucham tego ze świeżą pamięcią gigantycznych robót w Stanach Zjednoczonych, o których nie wie świat i nawet niejeden Amerykanin, bo nie ma tam wciąż buczącego głośnika ministerstwa propagandy, gdzie poza tym te rzeczy robi się i buduje dla współobywateli, a nie dla propagandy. Za to w Niemczech, jak we wszystkich państwach totalnych, wmawia się w poddanych, że do czasu obecnego zwycięskiego reżimu w kraju nie istniało w ogóle nic. Dżungla, i to dżungla na brzegu przepaści, do której kraj już, już miał się stoczyć. Każda mowa to podkreśla. Powtarzane są też dość oczywiste prawdy, jak jędrnie wypowiedziana przez Führera: Moskau ist Moskau und Deutschland ist Deutschland.

Przy tym nieustannym ryku przeciwko Sowietom, przy drwiącym mówieniu o Stalinie „Genosse239 Stalin” w tym samym zdaniu z całą powagą tytułuje się jakiegoś niemieckiego działacza — Parteigenosse240. Tam ośmieszona piatiletka241 — tu mesjanistyczna czterolatka; tam gnuśni udarnicy — tu Arbeitsfront ma swoje Stosstruppen242. Przy wrzasku na Żydów kwitnie czysty talmudyzm doktrynowy i argumentacyjny. Przy całym laicyzmie ustroju panuje i teologia, i scholastyka, oparte na objawieniu z Mein Kampf. Istnieje i mistyka krwi, i metafizyka rasizmu. Wreszcie przy wszystkich rewelacjach o wolnomularstwie — istotne motywy całego ruchu wydają się jakby zrodzone z jakiejś głębokiej, mistycznej konspiracji.

Nocne widowisko

Tegoż wieczora na Zeppelinwiese odbywa się apel kierowników politycznych. Jest to z punktu widzenia plastycznego clou Parteitagu. Zapada już zupełna noc — jest ciemno, środek pola zajmuje około czterdziestu pięciu tysięcy ludzi w brązowych mundurach. Pomnika Arbeitsdienstu ani śladu; a wyglądał, jakby tam był postawiony na zawsze. Przerwę w trybunach znajdujących się naprzeciwko trybuny Hitlera zabudowano od wczoraj monumentalnymi schodami. W chwili przyjazdu Führera dzieje się cud. Nagle robi się jasno. Znaleźliśmy się pod spiczastą kopułą światła. Są to słupy mlecznoniebieskie, przedzielone pasmami jasnogranatowej nocy i łączące się nad naszymi głowami w jeden jasny szafir. Do uzyskania tego efektu sprowadzono ze wszystkich garnizonów Rzeszy sto pięćdziesiąt reflektorów, które ustawiono wkoło Zeppelinwiese poza trybunami, aby źródło światła było niewidzialne. Siła tego światła wynosiła podobno miliardy świec. To, co nam tego wieczoru pokazano, było nieporównane w pewnym tego słowa znaczeniu. W pierwszej chwili nie było nawet oklasków: dziesiątki tysięcy widzów jakby jęknęły i oniemiały. Trwało to dobrą minutę, i dopiero potem posypały się szalone brawa. Na tym jednak nie koniec. Po chwili ciszy na dany sygnał pojawia się w świetle reflektorów siedem czerwonych i złotych sztandarów, sześć mniejszych, a jedna flaga, na szczycie „nowych” schodów — ogromna. Tworzą one czoła kolumn, które mają wnieść na pole dwadzieścia pięć tysięcy sztandarów wszystkich oddziałów partyjnych. Rozpoczyna się pod tą dwuniebieską kopułą marsz siedmiu czerwonych, mieniących się, połyskujących złotymi kolcami gąsienic, na których grają reflektory i które wciskają się w ciemną masę już stojących na polu formacji.

Kiedy pole jest całkiem szczelnie wypełnione i podzielone czerwonymi pasami, następuje uczczenie poległych oraz mowa Führera, ale wystawa tak dalece przygniata treść spektaklu, że trudno słuchać czy myśleć o celu całego tego splendoru.

Obchód skończony. Wychodzimy spod kopuły światła. Z zewnątrz widać tylko gładką, prostopadłą ścianę mlecznego błękitu, który po prostu nie ma końca. Pyłki i nietoperze zamieniają się, przelatując nad reflektorami, we fruwające złoto, a dym, przenikając przez tę ścianę światła, przeobrażają w liryczny marmur. Kiedy widz już zdołał ochłonąć, uświadamia sobie, że cały ten biznes spektaklowy jest czysto aryjski, że żaden Charell nie reżyserował tego widowiska, że na czele i na tle sztandarów nie niesiono w obłoku strusich piór i blasku brylantów nawet wielkiej Mistinguett243. Ale dopiero przyszłość pokaże, czy tego rodzaju interes spektaklowy jest naprawdę rentowny.

Dzień Armii

Nadszedł wreszcie dzień ostatni, który ma być szczytem szczytów. Dzień Armii. Rano idę obejrzeć film Verräter244, którego prapremiera była jednym z ewenementów Parteitagu. Obraz ten ma udowodnić, że film niemiecki nie stracił na swej żydowskiej świetności. Otóż stracił. Zdjęcia nadal są bardzo pomysłowe i udane, ale film jest niesłychanie nudnym i naiwnym kiczem. Intencją filmu jest przestrzeżenie narodu, a w szczególności wojskowych, że szpieg wszędzie podsłuchuje.