Wracam do Württemberger Hof. Tam wśród dziennikarzy wre dyskusja nad proklamacją. Znajomi moi, Szwedzi, zasadniczo broniący ustroju hitlerowskiego są wściekli na akcenty antyżydowskie, psuje im to ich redaktorską „linię”. Trudno było podobno zmusić opinię szwedzką do przełknięcia zeszłorocznych ustaw231, ale teraz, kiedy Żydzi są już zatrzaśnięci w swym wysoce nieuprzywilejowanym getcie — po kiego diabła wracać do tego tematu? Przecież, mówią dalej, sam Goebbels ubolewa nad pseudonaukowością rasizmu i uważa, że rewolucja narodowosocjalistyczna dokonała tego, czego chciała, i nie potrzebuje się zasłaniać jakimiś niepoważnymi teoriami. Przecież Schacht232, według moich Szwedów, też coś tam jakoby oponuje. Są bardzo źli. Pytam innych dziennikarzy o powody braku wystąpień wyraźnie antyreligijnych, znajdowały się bowiem w proklamacji jedynie dość zawiłe do tej sprawy aluzje. Dowiaduję się, że jeszcze niedawno był taki moment, kiedy postanowiono zerwać konkordat i zabrać się poważnie za katolicyzm, ale wypadki w Hiszpanii spowodowały, że katolicy niemieccy stali się znacznie mniej bojowi, co z kolei pozwoliło reżimowi przypuszczać, że bez uciekania się do kroków drastycznych uda mu się stopniowo odciągnąć młodzież od Kościoła i że wkrótce wytworzy się stan podobny do tego, jaki panuje w Sowietach, a mianowicie że przy Kościele zostaną tylko starzy, a ci z czasem wymrą.

W obozach

Tego popołudnia zwiedzamy obóz Arbeitsdienstu233. Jest to jeden z pięciu podmiejskich obozów, które choć są zajmowane tylko w czasie Parteitagu, posiadają jednakże stałe instalacje i do niczego innego nie służą. Obozy takie posiada wojsko, SA, SS, Hitlerjugend i właśnie Arbeitsdienst. Łączna ludność tych obozów w czasie krótkiego „sezonu” wynosi około trzystu pięćdziesięciu tysięcy osób. Stworzono dla nich nie tylko osobną elektrownię, ale także kompletny system wodociągów i kanalizacji.

W obozie Arbeitsdienstu panuje rzeczywiście atmosfera przyjemna i beztroska. Chłopcy odbywający sześciomiesięczną przymusową służbę, zanim zostaną powołani do wojska, wyglądają na zdrowych i wesołych. Przyjemnie uderza brak „wymusztrowania” w obcowaniu z przełożonymi. Każdy namiot urządził od strony ulicy miniaturowy ogródek i udekorował szczytową stronę.

W tych „przyozdobieniach” dużą rolę odgrywa regionalizm, gdyż każdy namiot zamieszkały jest przez oddział pochodzący z innej okolicy, ale nie mniejszą rolę odgrywa też polityka. Wszelkie hasła i chwyty demagogicznego nacjonalizmu są zatem uplastycznione. Wszystkie hasła nienawiści i zemsty, rewizjonistyczne i antypolskie, widnieją tam w napisach i mapach. Dziwi to i zastanawia po bardzo odmiennym tonie mów kongresowych. Poza tym jest tu hojnie reprezentowana landrynkowa, kiczowata ckliwość, wyśmiewana już prawie ogólnie przed „odrodzeniem” 1933 roku, ale dziś ciesząca się najwyższym patronatem.

Z obozu Arbeitsdienstu przejeżdżamy do Hitlerjugend. Atmosfera — typowo harcerska. Wszyscy chłopcy noszą się z drogimi aparatami fotograficznymi. Ta forma zbytku wręcz zdumiewa w Niemczech. Po obozie oprowadza nas wiedeńczyk, który jest kierownikiem Hitlerjugend w Królewcu. Broni swej organizacji przed niesłusznymi jakoby zarzutami, że szerzy ona ducha militaryzmu i że jest przedszkolem wojskowym. Przeciwnie, chłopcy według niego nie widzą nawet broni, gdy tymczasem w Polsce podobne organizacje rzekomo uczą swych pupilów obchodzenia się nawet z karabinem maszynowym.

Po obozie chodzi z nami stary zabawny dziennikarz, Francuz. Zadaje pytania i wciąż porozumiewawczo do mnie mruga. Pyta więc, czy jest kaplica. Nie ma. A kapelani? Też nie ma, ale nasz cicerone usilnie tłumaczy, że obóz jest tylko tymczasowy, że oczywiście każdy chłopiec, który by wyraził życzenie pójścia w niedzielę do kościoła — natychmiast otrzyma przepustkę. (Główna parada Hitlerjugend przed Führerem zajęła właśnie całe przedpołudnie jedynej podczas Parteitagu niedzieli). A czy jest jaka świątynka Wotana234, pyta dalej bardzo poważnie Francuz. Zażenowanie rośnie. Nie ma. Jakim sposobem, przecież to religia państwowa. Na to młody Austriak już trochę bardziej stanowczo protestuje: „Widzi pan, to nie jest właściwie religia państwowa, jest to raczej eine Weltanschauung”. Ja nazwałbym to prędzej Himmelanschauung235.

Tego wieczora odbywa się w operze posiedzenie poświęcone sprawom kultury. Jak wszystkie posiedzenia norymberskie jest ono oczywiście wolne od wszelkiej dyskusji. Polega na przemowach programowych i samochwalnych zachwytach. O kulturze przemawiają długo Führer i Rosenberg. Z tych dwóch mów nie jestem w stanie wyłuskać czegokolwiek konkretnego, oczywiście poza akcentami rasistowskimi i antysemickimi, jak na przykład, że ani klimat, ani warunki geograficzne, ani wypadki historyczne nie mają wpływu na formowanie się charakteru i kultury danego narodu, gdyż o tym charakterze i kulturze decyduje jedynie niezmienny pierwiastek tkwiący w danej rasie po prostu od zawsze. Jakże różnorodni musieli być synowie Noego!

Posiedzenia, parady, propaganda

Przemówienia są długie, ciężkie i nadzwyczaj mgliste. O kulturze mówi się wciąż przez bardzo duże K, ale bez wymieniania jej życiowych objawów. Wiadomo tylko, że kultura ta już konała, głównie z winy Żydów, a że teraz pędzi ku niesłychanym wyżynom. Z tego przemówienia Führera, jak zresztą i z innych, widać, że musi dużo czytać, dużo rozmyślać nad historią, że uderzają go widoczne paralele, analogie i kontrasty, że lubuje się w syntetycznych skrótach i uproszczeniach, jakie czasem nasuwają przykłady historyczne — ale co do zadań kulturalnych swojego ustroju nie wypowiada nawet uproszczonych formuł.