Forum będzie miało osiem kilometrów długości i trzy i pół kilometra szerokości. Praca nad ukończeniem tej bez wątpienia największej sceny świata potrwa do roku 1943. Przyszła sala kongresu mieścić będzie sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Na scenie znajdzie się miejsce dla pięciu tysięcy. Razem będą jeszcze dwie „małe” sale: jedna na sześć tysięcy osób, druga — na dwa tysiące. Obok Luitpoldhalle znajduje się Luitpoldarena, pięćdziesiąt tysięcy widzów może obejrzeć tu sto pięćdziesiąt tysięcy „aktorów”. Luitpoldarena, wykonana ściśle według własnoręcznych szkiców Hitlera, jest doprawdy piękna, harmonijna i pogodna. W innym końcu forum mieści się Stadion. Jest to owalna arena, na której odbywają się zawody sportowe i gdzie defilowało czterdzieści tysięcy chłopców z Hitlerjugend i pięć tysięcy Hitlermädel. Terenem większych „spektakli” — zwłaszcza zbiórek kierowników politycznych, służby pracy i ceremonii wojskowych — jest Zeppelinwiese. Stanąć tu może dwieście pięćdziesiąt tysięcy ludzi; widzów może być znowu tylko siedemdziesiąt tysięcy. Okazało się, że Zeppelinwiese jest już zupełnie niewystarczająca. Toteż (trzeba przyznać, że ci ludzie myślą o wszystkim) powstał projekt Pola Marsowego, przeznaczonego wyłącznie na pokazy wojskowe. Pole to będzie pięć razy większe od Zeppelinwiese, osiemdziesięciometrowej szerokości szosa połączy je z Luitpoldareną. Po drodze tej będą mogły swobodnie maszerować pułki w formacjach frontowych. W ogóle przy opisywaniu nowych dróg czy arterii miejskich używa się nieraz, jako miary szerokości, nie poczciwych pacyfistycznych metrów, ale wylicza się, ilu ludzi w mundurach może kroczyć po nich „w dyszel”. A więc do podmiejskiego obozu SA prowadzi nowa droga — szerokości czterdziestu metrów albo czterdziestu ośmiu ludzi. Przypomina to określenie pojemności wagonów towarowych z czasów wojny.

Otwarcie Parteitagu

Wróćmy do kongresu. W głębi długiej hali, w której zasiadło już kilka tysięcy osób, znajduje się estrada z mównicą pośrodku i kilkoma rzędami krzeseł na coraz to wyższych stopniach; za krzesłami jest miejsce na sporą orkiestrę symfoniczną. Panuje ogromny gwar. Nagle rozchodzi się wieść, że lada moment przybędzie On. Dyrygent daje znak orkiestrze i pod dźwięk jakiegoś klasycznego marsza wchodzi Führer. Wszyscy już dawno powstali z miejsc i obrócili się twarzami ku przejściu. Teraz ręce się podnoszą. On idzie szybkim krokiem z ręką wyprostowaną przed siebie, a za nim — jak rój — wszystko, co ważne i odpowiedzialne w Trzeciej Rzeszy. Przy każdej solennej okazji w żadnej monarchii czy normalnej dziewiętnastowiecznej republice nie można było ujrzeć od razu wszystkich ludzi reprezentujących siłę i władzę ustroju. Wkraczają za Führerem i zajmują miejsca na estradzie. W pierwszym rzędzie na lewo od przejścia zasiada najpierw Streicher, jako gospodarz, gdyż rzecz dzieje się we Frankonii, potem wicedyrektor i „następca tronu” Rudolf Hess, o twardej, ale przyjemnej do oglądania twarzy (najlepsza to twarz w partii), i dopiero Hitler. Od przejścia na prawo pierwsze miejsce ma Goering. Muzyka wciąż gra i znów środkowym przejściem poczet sztandarowy, złożony z trzech esesmanów, wnosi sztandar Führera i ustawia się na estradzie w przejściu między rzędami krzeseł. Wreszcie w drzwiach wejściowych, w głębi tej ogromnej sali robi się nagle czerwono i złoto. To chorążowie, krocząc parami, wnoszą znaki partyjne wszystkich gauów226 Rzeszy. Teraz z dwóch boków wysuwają się gęsiego dwa rzędy esesmanów i ustawiają się, każdy w szerokim rozkroku, szpalerem u stóp estrady, tworząc w ten sposób mocną czarną linię podkreślającą zestawienie kolorów na estradzie; jest tam najpierw brązowa plama potentatów, a wyżej migotanie i bogate barwy lasu znaków i wreszcie na szczytowej ścianie ogromna chorągiew.

Chwila ciszy. Orkiestra zaczyna grać Wagnera. Gra świetnie. Trwa to dość długo. Skupienie jest takie, jakie powinno być w kościołach. Po muzyce chwila milczenia. Przełykamy jeszcze niedopite witaminy Nibelungów. Hess otwiera kongres solennie, rzeczowo i krótko. Na mównicę wchodzi Lutze227. Jego rolą jest odprawić egzekwie po narodowych socjalistach poległych za sprawę od roku 1923. Wymienia on w porządku chronologicznym imię i nazwisko oraz dzień, miesiąc, rok i miejsce śmierci każdego z nich. Trwa to zapewne ze trzy kwadranse. Zastanawia mnie, że właściwie więcej honoru oddaje się tym, co polegli na frontach wewnętrznych niż na wojnie. Różne są zapewne tego powody; po pierwsze, jest ich mniej i przez to łatwiejsze jest wyliczenie; po drugie, ofiarom wojny nikt ostatecznie bezpośrednio nie zawdzięcza dojścia do władzy. Następnie wita kongres Streicher, w mowie jego padają pierwsze wyzwiska antysemickie. Potem monachijski Gauleiter Wagner228 odczytuje przez blisko dwie godziny proklamację Führera. Słucha się jej bez najmniejszego znudzenia i znużenia. Uderza swą wyborną, przejrzystą budową i logiką. Pisana jędrnie, wolna jest na ogół od szumnej frazeologii. Tam, gdzie sceptyk mógłby podejrzewać autora o blagę czy wprost złą wolę — objawia się tylko pewna naiwność człowieka nowego, pewne małomieszczańskie zadowolenie z małych, jeśli chodzi o skalę światową, rzeczy. Refleksje te nasunął mi na przykład ustęp o kulturze; chodzi tam zresztą prawie wyłącznie o teatr. Z teatrem tym i Hitler przez swe upodobania i przyjaźnie, i Goering przez swój ożenek są, jak wiadomo, specjalnie zżyci. Jednakże widać zaraz, że nie są to wygi teatralne, niewiele podróżowali, mało co widzieli, a tu, co widzą — szczerze ich zachwyca. Kończąc ustęp o rzekomym wielkim odrodzeniu teatru niemieckiego — czego przykładów proklamacja zresztą nie podaje — Führer ironicznie zaznacza, że wszystkiego tego zdołano dokonać, pomimo że żaden Żyd nie brał w tym udziału. Wywołuje to, jak i inne liczne ustępy proklamacji, długie oklaski plus śmiech. Ujrzałem w tej chwili Goeringa. Trzęsie się cały i podskakuje w fotelu jak piłka. Śmieje się do rozpuku i drobno klaszcze w tłuste dłonie. Jest świetnie rubaszny. Jego kobieca twarz staje się przeraźliwie różowa, prawie łososiowa. Bije z tej postaci jakiś infantylny sadyzm. Tak właśnie musiał wyglądać Neron, gdy przygrywał pożarowi Rzymu i żal tylko, że nigdy nie zobaczymy Charlesa Laughtona229 w roli premiera pruskiego. Akcenty antyżydowskie w tym pierwszym dniu kongresu i w toku tej przeważnie świetnej proklamacji rażą swym niskim poziomem i brakiem uzasadnień dla pewnych wprost śmiesznych zarzutów. Robi to wrażenie niepoważne, jakiegoś szczególiku czy jakiejś osobistej idiosynkrazji obniżającej ogólny poważny ton. Tego pierwszego dnia nie wiedzieliśmy jeszcze, że w toku zjazdu szczególik ten urośnie do rozmiarów niemal tematu głównego i że do tematów istotnych powracać się będzie zadziwiająco rzadko.

Póki Führer chwali się i przypomina, czego dokonał — jest miażdżąco przekonywający, gdyż nawet odrzuciwszy hojny rabat sceptyków, pozostaje aż nazbyt wiele dla entuzjastów. Gdy mówi o tym, że przywrócił spokój wewnętrzny — przeczyć temu nie sposób. Bez wątpienia obecnie bać się można tylko reżimu i poza tym niczego więcej. Zresztą jest to całkiem dostateczne. Zdaniem partii ludzie, którzy pomimo strachu upierają się przy swoim własnym odrębnym życiu i tak zasadniczo prawa do życia nie mają. Więc de facto jest spokój. Skądinąd straszny jest ten spokój w ludzkich głowach.

Kiedy Führer domaga się kolonii — nie sposób odmówić mu racji. Pytanie tylko, jak rasiści traktować będą Murzynów. Kto wie: może zachowywać się będą z mniejszą obłudą od innych potęg kolonialnych. Kiedy zapowiada „czterolatkę” stwarzania surowców syntetycznych — napawa słuchaczy łącznie ze sceptykami poczuciem zupełnej pewności, że zapowiedź będzie spełniona, i to z nadwyżką. Wyjaśniam sobie w tej chwili, że jest dla mnie rzeczą niemożliwą wątpić w jakąkolwiek zapowiedź kierowników hitlerowskiej Rzeszy. Niepowodzenie czy klęska w sprawie, którą uznano tam za dostatecznie dojrzałą, aby o niej powiadomić najszerszy ogół — jest wręcz nie do pomyślenia. Skuteczność tego ustroju robi wrażenie czegoś tak nieuniknionego jak parowy walec na budującej się szosie. Słowem: pewność i zaufanie. Tę moją intuicję potwierdza w tej chwili osobiste spostrzeżenie. Z miejsca, które zajmuję, dzieli mnie od Hitlera jakieś osiem metrów. Siedzę wprost naprzeciwko, Gauleiter Wagner odczytuje zwięźle sformułowaną zapowiedź o surowcach i widzę, jak Hitler powtarza sobie po cichu za mówcą słowa tej zapowiedzi, dobrze mu znane, gdyż sam je przemyślał, a potem napisał: powtarza je z wyrazem prawie że bólu i zgrozy przed odpowiedzialnością, jaką w tej chwili bierze na siebie. Jest blady, na twarzy ma brzydki, śmieszny grymas, jaki się zdarza u ludzi, którzy cierpią. W tym momencie, kiedy on sam przed sobą składa swoje ślubowanie — najzatwardzialszy sceptyk, o ile jest uczciwy, nie mógłby dopatrzyć się kabotynizmu. Ale wkrótce potem logika i jasność wywodów zaczynają się nieco mącić. Mowa jest o chęci pokoju i akcenty te brzmią nutą niekłamanej szczerości, ale jednocześnie wciąż słychać o konieczności zbrojeń, gdyż nieprzyjaciel znajduje się jakoby ante portas. Nieprzyjacielem tym jest bolszewizm. Może ZSRR? — nie, gdyż kilkakrotnie podczas Parteitagu mówcy zaznaczali, że nie ma możliwości napadu ze strony ZSRR. Cały Parteitag był pod znakiem właśnie takich niejasnych pogróżek i wyzwisk oraz zapewnień o pokojowości i nieaktualności jakiejkolwiek agresji. Trudno zrozumieć, o co właściwie chodzi. Zdawać by się bowiem mogło, że przy presji na społeczeństwo, jaką wywiera się w Niemczech, o rozwoju komunizmu wewnątrz kraju mowy być chyba nie może. Wprawdzie cudzoziemcy mieszkający stale w Berlinie czy też miastach portowych Rzeszy twierdzą, że robota komunistyczna mimo wszystko trwa, ale w porównaniu z innymi krajami jest niesłychanie słaba. Nienawiść do Żydów tłumaczy też niejedno. Pomimo procesu trockistów nie sposób nie łączyć w myśli elementu semickiego z ustrojem sowieckim. Nie wiadomo zresztą, czy znana nienawiść Hitlera do tego ustroju nie spowodowała niemieckiego ruchu antysemickiego. Poza tym w tej antysowieckiej wrzawie musi też tkwić element taktyczny. Chodzi tu zapewne o skierowanie uwagi opinii publicznej na jakiś punkt zewnętrzny. Wszystko, byle nie introspekcja polityczna.

Co do zbrojeń, które świat bierze Niemcom niesłusznie za złe, stawia Führer ciekawe zapytanie: co by się działo, gdyby cały wysiłek kapitału i pracy, który pochłaniają zbrojenia, był zużyty na produkcję przemysłową. Nastąpiłby wówczas okres tak fantastycznego dumpingu, taniego wywozu niemieckiego, że chaos gospodarczy doszedłby niewątpliwie do objawów szczytowych, a wojna z problematycznej stałaby się wręcz konieczna.

Ale przez wszystkie te wywody przewija się złota, czerwona czy też czarna nić metafizyki nacjonalizmu. W ostatecznej analizie metafizyka rządzi Trzecią Rzeszą. Jak inaczej wytłumaczyć wciąż powtarzane podczas Parteitagu zdanie: że rozrodczość rasy nigdy nie przestanie być i troską władz, i obowiązkiem obywateli, i chlubą narodu — bez względu na to, do jakich kataklizmów (choć słowo to nigdy wyraźnie użyte nie było) taka „króliczość” może doprowadzić. Zagranica, moim zdaniem, nie bierze dość pod uwagę metafizyki nacjonalizmu niemieckiego. Jeżeli przyjdzie kiedyś do europejskiej masakry, może będą temu winne nie tyle zaborcze czy agresywne Niemcy, ile prosta, żywiołowa i naiwna miłość do munduru i maszerowania w szeregu, i oddawania się pewnej sprawnej mechaniczności u każdego poszczególnego Niemca.

Odczytywanie proklamacji Führera ma się ku końcowi. Następują ostatnie, okrągłe, pompatyczne, podnoszące na duchu okresy, których furcząca niemiecczyzna przypomina werbel bębna. Rozpływa się to w burzy oklasków. Führer wychodzi znowu w otoczeniu „królewiąt”. Grupa ta, jej szybkie posuwanie się i barwność zawsze robi na widzu jakby batalistyczne wrażenie.

Wychodzimy i my. W autobusie, który mnie odwozi do miasta, otwieram „Timesa”. Czytam dziwnym zrządzeniem losu wywiad z generałem Smutsem230, może największym mężem stanu i myślicielem politycznym naszych czasów (w Polsce, niestety, zbyt mało znanym). Generał widzi we współczesnej formie nacjonalizmu, którego logicznym zwyrodnieniem staje się rasizm, jedno z najgroźniejszych niebezpieczeństw dla naszej cywilizacji. Ten urywek z „Timesa” wprowadza mnie nagle w świat zupełnie inny. Zrozumiałem w tej chwili, jak łatwo zapomnieć, że na świecie istnieje coś poza... narodowym socjalizmem.