„Widzisz, zawsze mówiłeś, że Polacy pierwsi stworzą zamęt w Europie, a teraz patrz, jacy są spokojni i opanowani”. Odpowiedzią na to było gniewne burknięcie człowieka, który stawiał na faworyta w biegu, gdzie przyszedł fuks.
Ludzie ci są równie zdezorientowani, jak byle jaki laik za granicą. Wszak przewrót w Niemczech jest tak rzeczywiście „cudowny” (od słowa cud) — nie tłumaczy się ani logiką, ani w ogóle żadnymi naturalnymi prawami fizyki dziejowej.
A teraz trochę o mundurach. Choć jakże tu można powiedzieć „trochę”, kiedy temat jest tak obszerny. Odmian mundurów jest bez końca. Wymagałyby one właściwie obszernej, kilkutomowej publikacji z kilkudziesięcioma kolorowymi planszami. Dzieło wypadłoby drogo, no i trochę smutno.
Budzi mnie rano pierwszy telefon od pierwszego znajomego, który nawiązuje ze mną kontakt. Zastanawiałem się poprzednio, jakże się też on ustosunkował do przewrotu. Słucham więc ciekawie: „No więc co? Jesteś w Berlinie? A masz jakiś mundur? Nie? No to w ogóle nie jesteś nikim. Zresztą przez telefon lepiej ostrożnie”. Widzę, że swój człowiek.
Wychodzę wczesnym rankiem z mojego pokoju w hotelu i widzę przed kilkoma drzwiami buty z cholewami. Dopiero po jakimś czasie obraz ten uwypukla się w mojej świadomości. Przecież dawniej, szczególnie w rozbrojonych Niemczech, tego się nie widziało. Ten obrazek nasuwa mi myśl o możliwości bardziej imponującej nature morte, gdy iperyt13 i patriotyzm nareszcie wypowiedzą się za pomocą jedynego właściwego sobie medium.
Więc przede wszystkiem jest SA (Sturmabteilung), brązowe koszule. Ten specyficzny kolor brązowy jest chyba najbrzydszym z rodziny brązowych odcieni. Ujdzie jeszcze na płótnie, ale sukienne mundury wyższych dygnitarzy, których zresztą widać rzadko, są wprost ohydne.
Poza tym istnieje SS (Schutzstaffel). Jest to jakby gwardia bojówek hitlerowskich. Ludzie specjalnie zaufani oraz lepiej wojskowo wyszkoleni. Noszą bardzo szykowne czarne mundury. Właśnie szykiem różnią się bardzo od SA, gdyż ci bez wyjątku wyglądają jakoś jak pomięci i niezamaszyści.
Potem idzie organizacja Stahlhelm o charakterze wybitnie konserwatywnym, przeważnie monarchistycznym, grupująca w większej części byłych kombatantów i w ramach swego temperamentu — apolityczna. Organizacja ta jest karna i państwowo myśląca i mogłaby stać się skutecznym hamulcem na radykalność bojówek. Mundur Stahlhelmu tak mało różni się od munduru wojskowego (Reichswehry), że trudno zauważyć różnicę.
Mówiąc o Stahlhelmie, trudno nie wspomnieć o kobiecym odpowiedniku tej organizacji, a mianowicie Die Kölubu Damen. Choć rolę odgrywa w ogóle niewspółmiernie mniejszą, ale obserwator zagraniczny nie może pominąć tej organizacji milczeniem, tyle ma w sobie „couleur locale”14, czyli po polsku barwności. Przede wszystkim te panie, przeważnie starsze, przeważnie tłuste, przeważnie brzydkie, o niesłychanie rumianych, zdrowych, jakby tartą cegłą pielęgnowanych cerach, wyglądające jedna w drugą na zasłużone matki, wzorowe żony, typowe gute Hausfrauen15, noszą suknie o nieokreślonym, pokrowcowym fasonie z sukna chabrowego, a to dlatego, że chabry były ukochanym kwiatem królowej pruskiej Ludwiki16 (patrz Napoleon), duchowej patronki organizacji, gdyż Kölubu jest skrótem od Königin Louise Bund17. Pierś tych pań, często dość pokaźną, zdobi srebrna broszka z literą „L”. Panie te to patriotki o zasadach wybitnie zachowawczych. Jak na swój przeciętny wiek i tuszę bardzo dzielnie kroczą za muzyką wojskową, gdy w południe maszeruje przez Unter den Linden przy zmianie warty. Ceremoniał ten odbywa się od maja według dawnego, przedwojennego protokołu i wywołuje łzę rozrzewnienia w niejednym oku Kölubu Dam. Sądząc jednakże z ich stanowczego wyrazu twarzy, żadna z nich nie poszłaby na dyplomatyczny kompromis, gdyby jakiś nowy Napoleon postawił im alternatywę. Większość dam z Kölubu, jakie miałem sposobność spotkać, niewątpliwie przybyła z prowincji. Zdradzało to wiele oznak: przez jedno ramię przewieszony aparat fotograficzny, przez drugie woreczek niewiarygodnie staroświecki, zamykany na kluczyk, a co najważniejsze — dowolny kapelusik. Kobieta w Berlinie jest dziś świetnie ubrana, a kapelusze tych naszych konserwatystek nie zdradzają jakiegokolwiek pokrewieństwa z prądami mody paryskiej. Panie te dużo jeżdżą tramwajami i autobusami licznymi, dość hałaśliwymi grupami, nawołują się serdecznie, są uradowane, że przyjechały do Berlina, że w tym Berlinie duch Niemiec się odradza, wyglądają poczciwie, trochę śmiesznie i bardzo sympatycznie. Chciałoby się każdą z nich zaadoptować na matkę, tylko że nie wiadomo, czy w razie wojny to jest właśnie ten typ matki, która pomoże uciec do neutralnego państwa. Tak mi się coś zdaje, że nie.
Za mojego pobytu istnieli jeszcze niemieckonarodowi18. Mieli oni też swoją umundurowaną organizację, tak zwany Bismarck Bund. Czarne spodnie, zielona koszula, czapka wojskowa, a na ręku czerwono-biało-czarna opaska z nazwą organizacji. Z powodu znacznego upośledzenia w stosunku do innych „mundurów”, bismarckbundowcy najgwałtowniej karotowali19. Bo trzeba wiedzieć, że hitlerowcy i Stahlhelm wciąż żebrzą.