Na wszystkich głównych i ruchliwych skrzyżowaniach ulic, nawet w najbiedniejszych dzielnicach, spotyka się przedstawicieli mundurowych ugrupowań, a każdy z nich potrząsa skarbonką. Stahlhelmowiec, który najgodniej i najmniej natarczywie szuka zapomogi, trzyma wojenny hełm stalowy przerobiony na skarbonkę. Monety wrzucane do hełmu to chyba nie olej wlewany do głowy przyszłych ofiar przyszłej rzezi. Myślę, że ten, co hełm ów nosił pod Verdun czy na polach Flandrii, gdyby dzisiaj żył, tak by się już starał głową potrząsać, żeby żadna moneta nie dostała się do środka hełmu.
Hitlerowcy też nie próżnują, jeżeli chodzi o zbieranie funduszy: czy będzie to w nocnym lokalu, czy w restauracji, czy w kawiarni, wszędzie podchodzi do stolika taki ultramarsowo wyglądający drab i proponuje kupno pocztówki z podobizną wodza. Z początku pobytu robi to wrażenie i wymaga pewnej odwagi cywilnej, żeby nie zgodzić się na transakcję. Nie widziałem ani śladu przymusu w tej sprawie, ale gdybym miał rysy semickie, wyjechałbym z Berlina zaopatrzony w kilkadziesiąt wizerunków Führera.
Jakież są jeszcze mundury? Nie potrafię ich wyliczyć, bo o wielu nie mogłem w ogóle dowiedzieć się, jaką organizację przyodziewają. Zacytuję więc tylko kilka: rosyjscy hitlerowcy, Hitlerjugend (organizacja mająca zastąpić bardzo źle widziane, bo międzynarodowe harcerstwo), pensjonariusze obozów dobrowolnej pracy (eksbezrobotni), policja i policja pomocnicza (ta ostatnia jest organizacją czysto hitlerowską, używaną głównie przy wielkich obławach policyjnych, masowych aresztowaniach itp.) — no i nareszcie właściwe wojsko. Wojskowych widać wszędzie. Naturalnie nie tylu, co u nas, ale o wiele więcej niż pół roku temu.
Poza szeregami obywateli w mundurach istnieją jeszcze o wiele liczniejsze szeregi cywilnych sympatyków z musu lub przekonania. Poza dość nieznaczną liczbą skoszarowanych SA, większość ich, kiedy nie pełni służby (prace czysto partyjne oraz ćwiczenia wojskowe), chodzi po cywilnemu i tylko nosi odznakę w klapie od marynarki lub w krawacie. Odznak tych jest tyle, że nie sposób się połapać, pomimo że stanowi to ciągły temat ożywionych dyskusji. Wszystko, co jest mundurem lub odznaką, ma ogromne znaczenie i kwestia, kto do noszenia czego jest upoważniony, zabiera wiele czasu w rozmowach i nasuwa wiele podejrzeń lojalnemu puryście od szlif i żetonów.
Więc Stahlhelm nosi miniaturowy hełm stalowy w klapie, a żeton oznaczający przynależność do SA upoważnia do powitania faszystowskiego. Nieopisanie pocieszny widok przedstawia dwóch krępych starszych panów z tekami pod pachą, którzy krzyżując się na ulicy, z kompletnie obojętnym wyrazem twarzy wyrzucają nagle naprzód i w górę rękę zakończoną krótkimi, artretycznymi palcami.
Gest ten przywykliśmy kojarzyć w myśli z najgroźniejszą stroną w kinematografii, mianowicie z filmami o starożytnym Rzymie. Quo vadis i W cieniu krzyża hitlerowskiego — cóż za świetne tytuły dla filmów o obecnych Niemczech.
Ale wracam raz jeszcze do mundurów i odznak, a wracać będę z natury samego tematu — ciągle. Należy zaznaczyć, że niejeden bezrobotny, z którego cywilne ubranie wprost spadało w łachmanach, od chwili, kiedy dostał mundur SA, choć nie należy do uprzywilejowanej grupy skoszarowanych, munduru tego już oczywiście nie zdejmuje. A mundur taki wypada niedrogo, bo zdaje się, że kompletny ekwipunek „fasowany” w partii kosztuje dwanaście marek, a spłaca się go dowolnie, byle co miesiąc coś wpłacić. Można podobno nawet mniej jak markę.
Mówię „podobno”, bo dowiedzieć się prawdy i szczegółów o sytuacji i organizacji finansowej partii narodowosocjalistycznej jest rzeczą niemożliwą. Miarodajna opinia mówi, że Skarb Państwa nie wspiera bezpośrednio partii; że po prostu nie stać go na to. Podobno składka członkowska wynosi trzy marki miesięcznie z nieco wyższym jednorazowym wpisowym, a znowu (też podobno) w formie diet wypłaca się szturmowcom na służbie trzy marki dziennie. Cyfra ta wydaje mi się przesadzona, ale w każdym razie wydatki związane z tak czynną i liczną organizacją muszą sięgać wielu milionów, a skarbonki i pocztówki chyba tyle nie dają.
Poza odznaką przynależności do SA najczęściej spotykany żeton to odznaka członkostwa tak zwanej Betriebszeile, czyli komórki albo jaczejki narodowosocjalistycznej. W każdej firmie czy instytucji dającej zatrudnienie chociażby najmniejszej grupie pracowników musi istnieć taka Betriebszeile. Misją takiej jaczejki jest szerzenie ducha rewolucji narodowej w danym zbiorowisku pracowników i reprezentowanie go wobec władz, ale głównie na manifestacjach. To coś w rodzaju komitetów robotniczych, tylko że zadaniem głównym jest przyjmowanie rozkazów, a nie wyrażanie żądań. Dziwnie też wyglądają niektórzy moi socjalistyczni czy komunizujący znajomi ozdobieni tym żetonem. Ale wyboru nie mieli — inni ich wyznaczyli. Partia połapała się zresztą dość szybko i zrozumiała niebezpieczeństwo wprowadzania do organizacji tylu ludzi obcych duchowi hitleryzmu i zatrzymała przyjmowanie czy naznaczanie nowych członków do Betriebszeile, tak samo zresztą jak do partii w ogóle. Kiedy wybory 5 marca wykazały kompletne zwycięstwo Hitlera, wówczas wśród komunistów padł mot d’ordre20 — wstępować do SA i w ogóle do partii narodowosocjalistycznej. Oczywiście, że powyższy fakt nie jest podawany przez czynniki rządowe czy partyjne jako przyczyna ograniczenia w przyjmowaniu nowych członków. Oficjalnie mówi się, że skoro nastąpiła Gleichschaltung21 (koordynacja) całego ruchu robotniczego i zawodowego pod sztandarem narodowego socjalizmu — to ipso facto22 jaczejki tej partii i rozszerzenie samego członkostwa partii są zbyteczne. Każdy Niemiec jest w duchu nazistą, choć nie udokumentował tego oficjalnym przystąpieniem do ruchu. Tak przynajmniej daje się do zrozumienia.
Pewne poczucie niepewności co do elementu, na którym opiera się rząd, obawa przed szaleńczymi poczynaniami młodych oraz w ogóle przed zbytnim zradykalizowaniem ruchu narodowosocjalistycznego — podyktowały też wszystkie rozporządzenia dotyczące „odpolitykowania”, czyli zakazy należenia do partii narodowosocjalistycznej funkcjonariuszom policji i wojskowym. Są to jedne z niewielu wybitnie rozsądnych i niedemagogicznych posunięć rządu, a trzeba być w Niemczech, aby móc docenić odwagę wydania podobnych zarządzeń.