Idę ulicą. Po jednej stronie wielki napis na szybie wystawowej sklepu z gramofonami głosi: „Tu można nabyć wszystkie płyty narodowego odrodzenia” (Erhebung). Po drugiej, prawie naprzeciwko, nie można się wprost docisnąć, aby spojrzeć na wystawę grawera. Na szybie napis: „Znów dekoracje, ordery i odznaki honorowe”, a za szybą istny skarbiec wszelakich możliwych krzyży, gwiazd i wstęg wielkości naturalnej i w miniaturze. Oczy ludziom wprost z głowy wyłażą; są wprost zaczarowani urokiem tego, co oglądają. Bez wątpienia wystawa ta budzi wspomnienia czasów świetności. Żelazne Krzyże to heroizm i męski czyn męskich lat wojny. (Przymiotnik „męski” jest w ogóle używany jako synonim wszystkiego, co jest wybitnie dodatnie). Ale czy ustanowiono już nowy order do nagradzania czynów odwagi cywilnej? Nic o tym nie słyszałem. A może nie ma jeszcze kandydatów?

Cywile, Reichstag i książki

Czym jest odwaga cywilna? Jest to objaw indywidualności. Skoro grupa czy zbiorowość czują jednakowo, nie ma już miejsca na tę cnotę. Więc i w narodzie, który, jak wykazały ostatnie wypadki, ma we krwi zmysł organizacji żołnierskiej, trudno jest odnaleźć objawy odwagi innej niż fizyczna. Byłby to wprost wybryk. Jak to? Dobry żołnierz, a ma swoje zdanie i jeszcze się przy nim upiera? Naród niemiecki był od wieków wychowywany w duchu bojowym. Heldentum — bohaterskość, oczywiście w znaczeniu wyczynów wojennych, jest gloryfikowana jak nigdzie. Kult dla Richthofena23 na przykład jest dziś w Niemczech tak żywy, jakby ten, naprawdę zresztą nadzwyczajny, lotnik zginął wczoraj. Z drugiej strony, w podświadomości narodu istnieje podejrzenie, że wszelka Geistigkeit (duchowość) jest czynnikiem osłabiającym i przez to nie może istnieć w jednostce lub też zbiorowości równocześnie z odwagą fizyczną. Nie tylko nie może współistnieć, lecz także jest jej wręcz wroga. Od „pięknoduchów” łatwo też mogą nawymyślać. A wiadomo, że grupy silnych ludzi rządzących obecnie niektórymi państwami Europy uważają to słowo za świetną i miażdżącą obelgę. Może zresztą nie tylko rządzący, ale także w ogóle ludzie jutra. Wątpię, aby nasz student-nacjonalista, spalający się w szale nienawiści do wszystkich sąsiadów Polski i do wszystkich jej mniejszości, znalazł w sobie dużo miejsca na duchowość, już nie mówiąc o uduchowieniu.

Co do Niemiec, wyżej wypowiedziany sąd musi się wydać surowy. Jest takim. Ale może się też wydać aprioryczny, bezczelny. Nie wypowiedziałbym go też, gdybym nie znalazł jego potwierdzenia u osób inteligentnych, znających Niemcy na wskroś — po prostu u samych Niemców.

Dużo miejsca poświęciłem powyższym wyjaśnieniom, ale było to konieczne. W dalszym nawiązywaniu kontaktu z niemiecką dzisiejszością będziemy musieli wciąż powracać do tego zagadnienia. Bo albo zdziwi nas, że jakaś wybitna jednostka czy grupa nie zaryzykowały skórą (o głowie nie mówię, bo męczeństwa wymagać można tylko od siebie samego, chyba że się jest rządem), albo też, że ludzie stojący bez wątpienia poza niebezpieczeństwem represji, a przeciwnie, posiadający pełną kontrolę nad aparatem władzy, postąpili, zdawałoby się, po tchórzowsku. Tymczasem wcale nie. Oni są po prostu organicznie niezdolni do wystąpienia z szeregu. Gänseschritt24 nie znosi arytmii; dobry żołnierz nie myśli, tylko swoje robi. A że to „swoje” czasem jest cudzym życiem, no to trudno.

Przyszedł wieczór. Spotykam się na kolacji z pierwszym moim berlińskim znajomym. Idziemy do Schlichtera. Jest to knajpa, gdzie schodziła się cała bohema. Nie wstydzę się w tym wypadku tego skądinąd żenującego słowa, bo zachodzi tu rzadki wypadek, kiedy określenie odpowiada prawdzie. Za mało znam Berlin, aby zdać sobie sprawę, kogo brakuje tam ze Stammgastów25, ale widzę zaraz, że publiczność ma charakter wybitnie mieszczański. Zasiadamy. Cóż się też dowiem od Kurta? Poranny telefon, o którym pisałem, powiedział mi już wiele. Ale autokrytyka to jedna sprawa, a cudzoziemiec żerujący na sensacji w kraju przechodzącym tak ciężką operację to zupełnie co innego. O tym muszę pamiętać.

Kurt należy do powojennych Niemiec. Znam go od lat sześciu. Od tego czasu bywał na wozie i pod wozem, ale przeważnie pod. Odkąd go znam, nie miał stałego zajęcia. Urodzony w Poznaniu, nie chciał pozostać przy rodzicach na polskim Górnym Śląsku i pokłócił się z nimi. Chłopiec prawy, inteligentny, z naukami przerwanymi w połowie gimnazjum, rozgoryczony jest i wykolejony do głębi. Zawsze mnie dziwiło, że nie został komunistą, a teraz wprost zdumienie mnie ogarnęło, że nie uchwycił się tej deski ratunku, jaką mogło się stać dla niego wstąpienie do szeregów SA. Tłumaczy mi, że szanuje czystość intencji i nie znosi oportunizmu. Poza tym ze wszystkiego, co mówi, widać, że jest indywidualistą. Po pierwszych zdaniach zmiarkowałem, że narodowego socjalizmu nie znosi, a będąc obdarzony czujnym zmysłem humoru, nie może wprost przyzwyczaić się do zewnętrznych, często śmiesznych objawów rewolucji. Ciągle porozumiewawczo szturcha mnie łokciem. Tymczasem ja robię szlachetne wysiłki „asymilacyjne” i staram się przywyknąć do tego całego egzotyzmu. Zmysł humoru Kurta sprawia, że chętniej opowiada anegdoty niż udziela informacji rzeczowych. Poza tym jest zmęczony i smutny.

Całe rano trzymali go w urzędzie podatkowym; jak mówi, przeszedł tam istną inkwizycję. Wszyscy znajomi zresztą skarżyli mi się na to samo. Rząd nazistowski przykręcił śrubę podatkową jak jeszcze żaden z jego poprzedników. Podobno urzędy podatkowe podwoiły personel. Zresztą nie tylko podatkowe, bo w niektórych innych urzędach luki wytworzone przez rugi partyjne czy rasowe zostały wypełnione „z czubkiem” przez „swoich” ludzi.

Tu niepolityczna wstawka. O Kurcie i urzędzie podatkowym. Rozwścieczony niedyskretną, a przewlekającą się indagacją, oznajmia, że dochody ma niestałe, bo jest na utrzymaniu mężatki. Na to urzędnik: „Proszę o nazwisko tej pani — my to sprawdzimy”, i tu następuje rycerska odpowiedź: „Powiedziałem, że ta pani jest mężatką”.

Pytam Kurta o jego rówieśników, o chłopców poniżej trzydziestki. Co się z nimi dzieje? Co też myślą o przewrocie? Słyszę odpowiedź, że wszyscy są w partii. Co, i komuniści, i socjaliści też? A jakże.