W drugim roku po przyjęciu pielgrzyma do klasztoru umarł stary ojciec Bonifacy. Bogobojnych starszych zakonników przenoszono jako przełożonych do nowych klasztorów, na ich miejsce przybywali inni. Nowy opat objął przełożeństwo po śmierci dawnego. Po latach dwudziestu z dawnej braci pozostało tylko dwóch czy trzech zgrzybiałych starców i Bezimienny, którego historji nikt nie znał i nikt o nią nie pytał. Raczej legenda z podejrzeń i zmyślenia zmieszana, którą staruszkowie w dobrej wierze młodszym opowiadali, przywarła do murów klasztornych... Zbrodzień zakamieniały, wyrokiem sądu skazany na dożywotnie więzienie, a łaską cesarską osadzony w murach klasztornych...

Brat Bezimienny pełnił najniższe posługi, młodzi i starzy nim się wyręczali, a każdy patrzał nań ze wstrętem... Zbrodzień zakamieniały! Że też to śmie ubliżać Matce Bożej, powtarzając po stokroć dziennie Jej imię!

*

Upłynęło lat trzydzieści.

Do celi opata zapukał ojciec Remigjusz.

— Wejść proszę! — odpowiedziano z wnętrza.

— Przychodzę po rozkazy waszej przewielebności.

— W jakim względzie?

— Ten człek niespełna rozumu, co tu osadzon był za karę przed niepamiętnemi laty, umarł dziś w nocy.

— Umarł? Nagle? Bez sakramentów?