— Owszem; długo i ciężko chorował; zda się jakieś przeziębienie, a może co inszego, niewiadomo. Nie skarżył się, ojca medyka nie wzywał; ino się spraszał na migi, że siły nie ma do roboty, więc go ojciec Hilary zwolnił.

— Jakto na migi?

— Zda mi się, wspomniałem raz waszej przewielebności, że człek ów, obłąkany zapewne, nijak nie umiał się z braćmi porozumiewać; ino dwa słowa całe wyraźnie wymawiał.

— Prawda, prawda, przypominam sobie; Ave Maria; czy tak?

— Właśnie. Otóż wczoraj, gdy mu przyniesiono jadło, dał znak, że spowiednika żąda. Niech wasza przewielebność raczy być spokojnym, Ojciec Bernard zaopatrzył go sakramentami. Głównie teraz chodzi o to, co uczynić z ciałem? Toć grzesznika, wyrzuconego ze społeczności ludzkiej, którego ino z chrześcijańskiej pokory cierpieliśmy wśród siebie, niepodobna chować w podziemiach kościelnych, gdzie tylu najdostojniejszych ojców spoczywa, a nawet trzech biskupów...

— Słusznie, słusznie; wszak powiadają ludzie, że to był przestępca wielki, zbrodzień bezecny... Niech mu Bóg w swem miłosierdziu przebaczy! Krótkie modlitwy odmówić i pogrzebać w ogrodzie.

— Wola wasza jest świętą, ale...

— Tam daleko, daleko, pod samym murem. Nikomu nie będzie wadził.

I pochowano Bezimiennego pod murem.

A gdy wiosenne słońce ogrzało ziemię, gdy pierwsze zielone ździebełka przebiły warstwę sczerniałej od mrozu trawy, biegł z krzykiem brat ogrodnik do celi ojca Bernarda. Widno osobliwą była nowina, którą mu zwiastował, bo siwy mnich porwał się od księgi niczem młodzieniaszek i kazał przywołać ojców Remigjusza, Justyna i Hilarego. Wszyscy razem udali się do izby opata. Niepomni przepisów ceremoniału w obcowaniu z jego dostojną osobą, wkroczyli śpieszno, bez pytania.