— Prowadź mnie na górę; lubię zasypiać przy szumie wody.

Wyszli do przedsionka, potem na ciasne podwórze, otoczone grubemi murami, dalej długim sklepionym korytarzem, który łączył basztę na skalistym cyplu z głównym budynkiem. Niezbyt wygodne schody wiodły na sam szczyt, a co pięterko, to jedna izba.

Heribert wprowadził starego rycerza do sześciobocznej salki o dwóch oknach, wąskich jak strzelnice, i drzwiach otwartych na kamienny ganeczek. Jakkolwiek lato było upalne, w niezamieszkałej komnacie czuć było chłód wilgotny.

— Kazałem przepalić na kominie, coby zimno z murów wygnać; zato drzwi sobie ostawcie otworem; łoże wymoszczone świeżem tegorocznem sianem, kaganek i krzesiwo na stole, pod ręką; tuszę, iż dobrze wam tu będzie — rzekł gospodarz z serdeczną troskliwością.

Wyszli na ganeczek; ostry podmuch nocnego powietrza owionął obu. Rycerz Konrad przeciągnął się, wyprostował kości i odetchnął głęboko.

— Woda wonieje, lasy wonieją, łąki wonieją, aż radość!

Heribert milczał.

Po kilkogodzinnej biesiadzie, wśród swędu olejnych lampek, po spełnionych licznych puharach, ledwie się trzymał na nogach; tutaj, na otwartej przestrzeni, świeże powietrze spoiło go do reszty. Patrzył na gościa z bezmyślnym uśmiechem na ustach.

Wtem... zamajaczyło mu coś w głowie: wszakci to ojciec Hildegardy! Najlepsza sposobność... sami są, można się rozmówić.

Zapomniał, że dziś rano jeszcze przysięgał sobie postępować przezornie, czekać choćby miesiące.