Odchrząknął, poprawił srebrnego pasa na kaftanie, położył poufale rękę na ramieniu rycerza Konrada i rzekł, zacinając się trochę, bo mu język odmawiał posłuszeństwa:

— Wuju... coś wam rzekę...

— Pewnikiem „dobranoc”? — z łagodną ironią odparł starzec, patrząc w jego nieprzytomne oczy.

— Dobranoc potem; teraz co inszego.

— Ino krótko, bom senny.

— W to mi graj... krótko: dajcie mi Hildegardę.

— Co znowu?

— Co? Żonę mi pora brać, a wasza dziewka jak łania... chętnie ją pojmę.

Obruszył się rycerz na takie gadanie; ale pijanemu wiele trzeba wybaczyć, odpowiedział więc spokojnie:

— Idź spać, jutro pogadamy.