— Cóż ci dolega, co ano stękasz jak stara Wojnarka pod dominikanami?
— Okrutnie się boję, czy się uda.
— Gadajże raz!
— Uważajcież. Dziaduś powiadali wczoraj stryjowi, że wszystkie króle i książęta, co tu na wesele pozjeżdżały, oczekują wieści, zali się najjaśniejszy cesarz niemiecki nie zbliża. A gdy on z ostatniego popasu wyruszy, o czym rozstawieni konni doniosą, wtedy zbiorą się wszyscy razem i pospieszą jemu naprzeciw. Księżniczka Elżbieta zaś, że to nie przystoi narzeczonej nadskakiwać nad miarę swemu przyszłemu małżonkowi — tak dziaduś gadali, ale sobie rozważam, że ja, gdybym szła za króla, to bym srodze wyskakiwała...
— Co tam o ciebie! Powiadaj dalej — przerwał jej niecierpliwie Stanko.
— Więc jako narzeczona i jako panna z wielkiego rodu, nie może zbytnio swej radości okazować, a jednak należy jej się takoż cesarza powitać. Więc...
— Więc jak? Znowu stękasz?
— Czekaj, ino sobie spomnę. Aha. Więc ona, rodzic jej, książę Bogusław, i wszystkie panny dworskie z mistrzynią wyjdą ino za rogatki i tam cesarza powitają. A potem wszyscy społem powrócą na gród.
— Ojoj!... Cobyśmy choć na czas z Prądnika wrócili! — krzyknął Maciek w wielkiej trwodze.
— Czekajże, jeszczem nie dokończyła! Wrócimy na czas, bo na podwieczerz dopiero spodziewają się najjaśniejszego cesa rza. My tedy zjadamy spokojnie obiad, matusi niczym na złość nie uczynimy, cichutko jak trusie idziemy „na niby” do ciotki Rafałki, jak to co dnia robimy.