— A teraz wio, koniki, do domu! Słoneczko się podnosi, trzeba nam na południe do Krakowa! — zakomenderowała Hanka.
— Rad bym wiedzieć, gdzie ty te gaje przechowasz do wieczora? — spytał Jasiek.
— Wrażę40 do kadzi z deszczówką. Matusia nie spostrzegą, bo to w samym kącie podwórca a kwiateczki woda odświeży i cale ożywi. Po obiedzie wyniesiemy się z naszym kramem na strych. Nici do wiązania odwinęłam ciotce z wrzeciona cały kłębek. Porobi się malutkie wiązusie, aby dużo, no, i dalej będzie, jak Bóg da. Byle nas matusia przed czasem nie wyłowili.
Zbudzono ciotkę i Kostunię i powrót do Krakowa odbył się szczęśliwie. Jeszcze strażnik z Mariackiej wieży na południe nie trąbił, gdy stanęli przed domem. Jasiek, Przemko i Maciek pożegnali młodych Wierzynków znaczącym chrząknięciem i pośpieszyli na obiad do swoich rodziców. Kwiaty dostały się niepostrzeżone do kadzi z deszczówką, po czym dzieci poszły pokłonić się stryjowi Tomaszowi i przeprosić go, bo się trochę krzywił, że cały ranek żony w domu nie było.
— Widzicie, włóczykije — zawołała Ewa, przysposobiając do obiadu w izbie stołowej — łazicie na jakieś Prądniki, Bóg raczy wiedzieć, gdzie, a tu księżniczka z dworem nie ma ćwierć godziny, jak przejeżdżała!
— A król miłościwy i tamte książęta? — spytał Stanko.
— O, tamci to zaraz po prymarii wyruszyli na balicki gościniec.
— Ha! Szkoda! Ano wracać chyba muszą do Krakowa, co?
— Jużci, gdzieżby się podzieli? Wżdy wszystko nazad na gród będzie jechało, ale wam nic po tym, bo was pani matka nie puszczą. Stanko to tam jeszcze, jak Stanko... Utrzymasz to piskorza w garści? Ale co Hanusię, to powiadali, że do alkierza zamkną, coby jej konie nie stratowały albo i ludzie w tłoku nie udusili.
Hanusi serduszko zadrżało na myśl o ciężkiej żelaznej zasuwie alkierza, ale liczyła na boską opatrzność i popołudniowy sen matusi.