— To... Albo ja wiem? Najprędzej będą te Duńczycy, co z królem Waldemarem przybyli. Jużci, dobrzem trafił, bo tuż za nimi jadą znów giermkowie z wierzchowcami, a jednego z nich wczoraj poznałem na mieście. Duńczyk jest, ale po niemiecku umie, ja zaś nieco rozumiem, tośmy się piąte przez dziesiąte rozmówili.
— A to co za pokraka?
— Hanuś, Hanuś, chcesz widzieć karzełka?
Przemogła ciekawość, zerwała się Hanka z kącika, w którym odprawiała gorzkie żale, i z buzią mokrą jeszcze od łez wyjrzała przez okno.
— Karzełek? Gdzie karzełek? Co to takiego?
— Widzisz — pokazał Stanko palcem — widzisz to maleńkie brzydactwo o starej głowie na grubym kadłubku i króciutkich nóżkach? Jedzie na szkapce też takiej niewyrośniętej, jako i on sam. Obmierzła potwora! Skąd się to wzięło między państwem?
— Nie słyszałżeś nigdy — rzekł Kuba — że na królewskich dworach lubią chować przeróżne dzikie zwierzęta z dalekich krajów, ptaki gadające i takie ludzkie niewydarki? Najbardziej toto w łasce pańskiej opływa. Zuchwałe to i pyszne... Im paskudniejsze, tym się bardziej nadyma.
— A czyjże ten jest?
— Pewnikiem duńskiego króla zabawka, bo oto patrzaj, harcuje wedle giermków, plecie im widno koszałki opałki, a ci aż się koniom na szyję kładą ze śmiechu.
— A tenże blady pan taki strojny. Nie wiesz, kto jest?