— Niech Bóg zachowa! Oni tacy teraz gniewni cięgiem, wolę im się nie plątać pod nogami.
— A mnie się to nie boisz, zuchwalcze jeden?
— A nie, bo mnie zawżdy pieścicie i całujecie, to co bym się miała bać?
Objęła ciotkę za szyję i przytuliła różową buzię do jej twarzy.
— Ciotuniu, prawda, że dziewce to strasznie źle na świecie?
— Dlaczego?
— A bo źle. Jakbym była chłopcem, to bym się przebrała bodaj za pacholika do posług. Stanęłabym gdzie na boku i widziałabym wszystko, co się tu jutro dziać będzie. Napatrzyłabym się choć na ostatek naszej cudnej księżniczce Elżbiecie, zanim od nas wyjedzie, a tak co? Zamkną mnie matusia w komórce jak kurczę w kojcu, choć weź taj płacz...
— Na to nie ma nijakiej rady, mój biedny robaczku — rzekła ciotka Rafałka, gładząc jasne włoski Hanusi.
— Ee... co by ta rady nie było — wtrącił się stary Bartosz poufale do rozmowy; pięćdziesiąt lat służył u Mikołaja Wierzynka, wszystkie dzieci i wnuki na rękach nosił, toteż bardzo go lubiano i uważano za należącego do rodziny.
— A co? Ja wiedziałam, że jak nikt nie pomoże, to ino do Bartosza jak w dym.