— Pójdź, Hanusieńko... Przeprosimy obie społem twoją matusię, może nam ten raz daruje?
Hanka podniosła oczy pełne miłości na swą uwielbianą księżniczkę Elżbietę, a ta zaśmiała się nagle:
— Aha... Już wiem! Teraz cię poznaję! Toś to ty mi rzucała kwiaty pod nogi, gdyśmy wjeżdżali do miasta?
— Jużci — szepnęło dziecko.
Nie potrzebuję długo się rozpisywać, łatwo każdy odgadnie, że na prośby z takich ust płynące pani Janowa od razu przebaczyła córeczce. Tym chętniej to uczyniła, że ochłonąwszy z pierwszego gniewu, śmiała się już w duszy z całego wydarzenia.
— Ale to jeszcze nie koniec, jeszcze mam coś do powiedzenia waszej miłości — rzekła Elżbieta. — Oby mię serce wasze zrozumiało.
— Rozkazujcie, miłościwa pani.
— Czy pomnicie rozmowę naszą przed godziną? Moje smutki, żal za Krakowem, to wszystko, czego się lękam na obczyźnie?
— Jakożbym nie pamiętała? Sercem słuchałam waszej mowy.
— Otóż, gdy rozumiecie moją obawę i tęskność mojej duszy, wiedzcie, że w waszych rękach jest lek na oną chorobę.