— Rozporządzajcie mną, jasna pani. Co mam, wszystko na wasze usługi.

— Skwapliwie obiecujecie, a gdy was wezmę za słowo?

— Stanie się według woli waszej, najmilościwsza pani.

— A więc... darujcie mi waszą Hanusię! Nie służebną, nie panną dworską, ale siostrzyczką umiłowaną mi będzie. Niech mam wspominek żywy z Krakowa, niech mowę polską co dzień słyszę, dajcie mi waszą Hanusię!

Zbladła pani Janowa. Nie było przykładu, by ktoś śmiał życzenia królewskiego nie spełnić, a jakże dopiero prośbie odmówić? Toć szczęście, zaszczyty, łaska cesarska czekały Hanusię na dworze jej przyszłej pani. Tak... ale oddać rodzone dziecko... nie widzieć go lata całe...

Oczy pani Janowej pełne były łez, gdy schylając się przed młodą panią, obejmowała jej kolana.

— Pan ojciec tu rządzi — rzekła. — Nie mnie, ale jemu przystoi odpowiedzieć wam, miłościwa pani.

Elżbieta, przejęta nową otuchą, z radosną myślą pobiegła do męża i bardzo żywo coś mu z cicha prawiła. Cesarz skinął potakująco głową i poszukał spojrzeniem Wierzynka, który właśnie z burmistrzem krakowskim rozmawiał.

— Mości stolniku, na słowo.

To „słowo” trwało dłuższą chwilę, po czym cesarz z gospodarzem domu zwrócili się ku ławie pod ścianą, gdzie siedziała Elżbieta z panią Janową, a u kolan matki klęczała wcale już uspokojona i wesoła Hanusia.