— Za wielką łaskę, domowi memu okazaną, pokorne dzięki składam najjaśniejszej pani — rzekł stolnik — a opiece waszej cesarskiej mości polecamy oboje z matką dzieweczkę naszą umiłowaną. Że wiernym sercem służyć wam będzie, nie mam wątpienia. Hanuś, pójdź do mnie i słuchaj, coć rzekę.

— Słucham, dziadku.

— Od dnia dzisiejszego miłościwa cesarzowa, przed którą stoisz, twoją jest panią. Masz słuchać jej mowy, masz pełnić jej rozkazy, masz ją miłować nad żywot własny.

— Mam ją miłować nad żywot własny — powtórzyło dziecko głośno i dobitnie, składając rączki jak do pacierza.

Sześć lat minęło od wyjazdu Hanusi z Krakowa.

Stary Mikołaj Wierzynek spał już od roku snem ostatnim na cmentarzu przy kościele Panny Marii, ksiądz Daniel osiwiał i roztył się szpetnie, ksiądz Mikołaj za to wysechł jak trzaska, a stryj Tomasz do cna zaniemógł na nogi. Ciotce Rafałce słuch jakoś nie dopisywał. Jedna pani Janowa, czynna i żwawa, wyglądała zawsze czerstwo i młodo, zarządzała domem, prowadziła całe gospodarstwo, pobierała z wiosek czynsze dzierżawne, wynajmowała sadownikom ogrody, pilnowała pasieki, wszędzie zajrzała, na każdy kłopot znalazła radę. Słowem, godnie nosiła Wierzynków nazwisko. Stanko przykładał się do nauki w Akademii na Bawole, a Kostka przędła pięknie, omal czy nie lepiej niż matka. A i na książce do modlenia, przez ciotkę Annę-augustiankę dla niej przepisanej, wcale niezgorzej osiem kartek już umiała przeczytać.

O Hanusi wspominano w domu co dzień. Matka tęskniła, ale wieści przysyłano i otrzymywano nieczęsto, bo i nieczęsto zdarzała się sposobność po temu.

A Hanusia w ciągu tych lat sześciu była dla swej młodej pani prawdziwą osłodą, pociechą w tęsknocie za ojczyzną, rozweseleniem w smutku. Rosła, piękniała, z każdym dniem nabywała nowych zalet, stawała się niezbędną. Żadna inna z panien dworskich nie umiała tak pani usłużyć, tak jej dogodzić, jak Anna Wierzynkówna. Zazdroszczono jej łask i zaszczytów, zazdroszczono bogatych upominków, a najbardziej przyjaźni serdecznej, zaufania i poufałości, jaką darzyła ją cesarzowa. Lecz nikomu na myśl nie przyszło spytać Hanusi, dlaczego czasem z rana oczy miała smutne i jakby od płaczu obrzmiałe. Do matusi leciało nocą serce stęsknione, za rodzeństwem oczy płakały, do Krakowa dusza się rwała.

I zdarzyło się na wiosnę roku 1369, że przyjechał do Pragi z listami od króla polskiego i księcia szczecińskiego dworzanin młody, Jerzy Szeyn. Miał i do panny Wierzynkówny pismo od matki. Wręczywszy kanclerzowi cesarskiemu listy królewskie, pośpieszył na pokoje panien dworskich i o pannę Annę pytał.

Gdy wyszła doń urodziwa i smukła, a niczym królewna kosztownie przystrojona, zmieszał się i stał pokornie, czekając, aż przemówi. Hanusia postąpiła parę kroków ku niemu, skłoniła uprzejmie głową i otworzyła usta, by spytać o zdrowie matki i rodziny, gdy podniósłszy na gościa spuszczone dotąd oczy, nie domówiła zaczętego słowa, lecz klasnęła w ręce i zawołała ze śmiechem: