Wbiegła potem i Kostka, ulubiona chrześnica księdza Daniela. Stanęła przy stryju i główkę, już wyczesaną z pierza, oparła o jego kolana.

— A insze pany i senatory? A rycerstwo? A dworzanie? — pytał ksiądz Daniel.

— Dało się rady wszystkiemu, jak należy — odparł stary Wierzynek. — Pokojowi królewscy i książęcy mają przystojne rozmieszczenie w pobliżu swych panów, żeby usługa była pod ręką. Rycerstwo zaś stoi gospodą po domach w mieście, a do każdej gospody naznaczyłem komornika, co ma pilnie baczyć, by gościom dostarczono w bród wszystkiego, co potrzeba. A nim czegokolwiek zażądać zdołają, już to ma stać gotowe przed nimi.

Drzwi od sieni skrzypnęły.

— A czego tam? Co za sprawa, że mnie aż tu nachodzisz nie wołany? — chmurząc czoło, spytał Wierzynek kłaniającego się pokornie pachołka.

— Pan z Balic przysłał konnego.

— Że co?

— Że najjaśniejszy cesarz stanął wczoraj noclegiem w Olkuszu, a jutro na podwieczerz będzie w Krakowie.

— Chybaj30 w te pędy na gród, pokłoń się ode mnie panu krakowskiemu, a prosto do niego idź, rozumiesz?! I powiedz mu, niech zaraz króla miłościwego o tym zawiadomi!

— Słucham waszej wielmożności.