— E... nie do was, ino do mnie; kazał rzezać jasełka.
— Gadajże jasno, bo nieskładnie pleciesz; nie wiem, o co chodzi.
— Jedno za drugim gadam, tak jak było. Ojcu gwardianowi trza413 jasełek na Boże Narodzenie; przychodził do warsztatu popytać się, czyby mu który z nas nie zrobił. Ja obiecałem, ino kazał was pytać, czy pozwolicie.
Jurek, siedzący nie opodal, słyszał każde słowo i złość go chwyciła, że najmłodszy w warsztacie zdmuchnął mu zarobek sprzed nosa. Zerwał się z ławy i poskoczył ku Stwoszowi.
— Chyba nie dopuścicie, mistrzu, aby głupi terminator414, co ani dłuta porządnego nie udźwignie, przyjmował zamówienie na robotę, która po sprawiedliwości czeladnikowi się patrzy. Takie to małe, a takie chciwe. Aż wstyd dla warsztatu mistrza Wita.
Stwoszowi nabiegły krwią żyły na skroniach.
— Milcz... Zali415 w moim domu ja panem abo416 ty? Jeszczem słowa nie przemówił, a ty się będziesz odzywał i rozsądzał, co jest ze wstydem dla mistrza Wita? Wawrzek... powiadaj, jak dalej było.
— Ano, nijak już więcej nie było, ino chodzi ojcu gwardianowi, cobyście nie swarzyli417.
— Nie tylko nie będę swarzył, ale nawet zwalniam cię od inszej roboty, abyś miał czas rzetelnie się zająć zamówieniem i na porę jasełka wykończyć. Ileż ci ojciec gwardian zapłaci za one osóbki?
— Nic.