— Nie bój się, nie trzymaj mnie, ja ci nie ucieknę — odzywa się Jasiek cicho. — Czym się spodziewał, że cię w Krakowie napotkam!

— Wolej bym cię w życiu nigdy nie zobaczył, niźli tak... — odpowiada Wawrzuś gorzko. — O mój Boże... mój Boże... a ja cię tak co dzień wspominałem, tylem się napłakał za matusią i za tobą! Wstydno mi teraz, żem złodzieja miłował.

— Mójeś ty złoty, nie plwaj na mnie! Już mi ta nie doczyniaj... Toli w ziemię rad bym się zapaść. Widzi Pan Jezus nowonarodzony, że nie łżę.

— Co komu przyjdzie z takowego gadania? Wlazłeś w błoto, boś chciał...

— Żebym ci wszystko powiedział...

— To gadaj. Ano, czy zdolisz zaprzeczyć, żem cię złapał na bezecnym uczynku?

— Pójdźmy gdzie indziej; za chwilę zaczną się ludzie rozchodzić z kościoła.

— Gdzie pójdziemy?

— Chodźmy. Ino ulicę wszerz przebiec, zaraz bagniste łąki; tam pustkowie, nikt nam nie przeszkodzi.

Przeszli paręset kroków wzdłuż murów miejskich i zawrócili na prawo. Była to istotnie najbardziej odludna część przedmieścia. Przed nimi rozpościerała się grząska nizina, teraz pokryta grubym, puszystym śniegiem, spod którego gdzieniegdzie sterczały suche, sczerniałe badyle wodnych traw i trzciny. Mokradła te między wschodnią stroną miasta a starym korytem Wisły zwały się łąką świętego Sebastiana, od kościółka, który tam stał na płaskim wzniesieniu, otoczony wiązami. Dalej ciągnęły się oparkanione składy drzewa, szopy na siano, sklecone jakby od niechcenia, mała opuszczona cegielnia, zaułki, gdzie tuliły się do siebie nędzne domostwa. W dali zaś widniał cmentarzyk, otoczony na wpół rozwalonym murem, i kapliczka świętej Gertrudy. Dziwnie ponure było to miejsce; bo też w owej kaplicy wystawiano ciała straconych złoczyńców i po egzekwiach grzebano je na owym cmentarzyku. Cała ta okolica podmiejska pospołu448 z łąką świętego Sebastiana nosiła nazwę Brzegi.