— Ale go nie ma, ale go nie ma — szyderczo powtórzył Rafał. — Od kiedy już u mnie siedzi! Biegaj do zimnej komórki, przynieś miodu gąsiorek, tego, co w kącie na lewo. O kubkach nie zapomnij! Słyszysz?

— Abom to głuchy? Zaraz idę.

— Próżniaczysko... musiałem sam napalić w alkierzu, bo ręce grabieją.

— W kwietniu? Zimnica się wam wraca, ja temu nie winien.

— No, śpiesz się, cobyśmy nie czekali długo.

Ucichło.

„Jezu najmilejszy... gdybym go mógł przywołać... Idzie!” — drżącą z niepewności i strachu ręką zapukał kilka razy w drzwi od piwnicy.

— Jasiek... słyszysz mnie? To ja... Wawrzek...

— O rety...

Jasiek przyklęknął, schylił się i przyłożył usta do szpary.