— Nu, po co było tego hałasu? Ja wiedział, co wasza miłość bardzo zgodliwy człowiek, ino sobie czasem lubi pożartować z Abramkiem. Żebym tak zdrów był, ile ja już lat z panem Bartnikiem handluję!
— Skórę ze mnie drzesz, niewiaro jedna! Teraz się wynoś, mam ważną sprawę do załatwienia.
Wyciągnął z bocznej kieszeni wielki, ciężki klucz, otworzył i silnym uderzeniem w plecy wyrzucił kupca za drzwi.
— Jasiek!
— Czego chcecie? — rzekł chłopak niechętnie, wychodząc z kuchni powoli i udając zaspanego.
— Przynieś mi nóż z izby sypialnej; na skrzyni leży.
— Nie pójdę... boję się... w waszej izbie straszy.
— Głupiś; zresztą, wszystko jedno, mam ich kilka i w lochu. Weź z kuchni kaganek, poświecisz mi na dół... albo nie, daj mi latarnię, sam pójdę. — I mruknął przez zęby: — Mazgaj gotów by... słuchaj no — mówił dalej głośno — idź zaraz na strych, przy ostatnim kominie za krokwią wisi worek nieduży, przynieś mi go. No, czego stoisz?
— Takim zmęczony... jutro rano przyniosę.
— Idź mi w te pędy, bo rzemień zedrę na tobie, smyku jeden!