— Poprzyj sobą krzynę, bo drzwi ciężkie... wyśliźnij się... O matko, gdzież ja cię schowam?... O rety... już idą! Wtul się do kąta za beczkę, przykucnij... uciekam do kuchni... może cię jako później wypuszczę.

Ledwie że Wawrzuś połę od kożuszka ku ścianie podsunął, głosy rozmawiających zbliżyły się ku drzwiom od pierwszej izby, naprzód wyszedł kupiec, za nim Hincz Bartnik — Czarny Rafał. Sprzeczali się głośno i wymachiwali rękami.

— Myślicie, że ja kuję czerwone złote? — krzyczał brodaty kupiec ze złością — sto dukatów za trzy sznury pereł! Śmieszno posłuchać.

— U Balcera w bogatym kramie zapłacilibyście dwa razy tyle abo i więcej — dowodził gospodarz zachrypłym głosem.

— Sprawiedliwe słowo... idźcie se do Balcera, niech od was kupi. Piękny towar, bez przygany, ino go się przedaje w nocy, nie w dzień, i w zamkniętym alkierzu, nie w Sukiennicach.

— Ostatnie słowo?

— Dwadzieścia czerwieńców.

— Bodajeś siedem lat konał na jednym boku i skonać nie mógł, Judaszu!

— Za takie dobre życzenie należy się jeszcze lepsze: Niech pan Bartnik ma letkie522 skonanie, i to nie za siedem lat, ale na ten przykład za siedem dni. Dobranoc.

— Dawaj dukaty, zdrajco, bierz perły.