— Że jak konie zbędę556 na jarmarku i pieniędze panu miecznikowi odwiozę, to se razem...

— O jakie też to ciężkie takie powolne gadanie! Ady557 kończ, kiedyś zaczął!

— Myślałem, że se razem choć na dwa, trzy dni do Poręby pójdziemy.

— O Jezu Nazareński! — krzyknął Wawrzuś i zasłonił twarz rękoma.

— No co? Poszedłbyś, prawda? Czego się nie odzywasz?... Ludzie... dy on płacze jak baba! Nie wstyd ci! wąs się chłopu sypie... i beczy!

— Już nie... jużem się cale uspokoił... ach, mójeś ty kochany... jaki ja głupi, głupi, głupi... Ani razu się nie spytałem, czy znasz, kędy się idzie do naszej wsi. Od dziecka, jakby mi kto gwóźdź w głowę zabił, nie śmiałem nawet pomyśleć o Porębie. Ledwiem wskoczył w tę puszczę zatraconą, jużem zgubił drogę do domu. A potem ojciec Szymon i ksiądz kanonik perswadowali mi tyle razy, że jest kilkanaście Poręb w polskim kraju; skąd wiedzieć, która moja? Ach, Jasiek, Jasiek... gdyby mi dziś kto zabronił, z łańcucha bym się urwał, spod ziemi bym się wykopał, a leciałbym z tobą jak ten wicher! Tego nikt nie wyrozumie, ile ja się bez558 te dziesięć lat napłakał za matusią. No, gadaj, kiedy pojedziemy?

— Cichaj, cichaj, nie bądź taki nagły; nie umarłeś do tej pory, to jeszcze kilka dni poczekasz. Z koniami559 muszę skończyć, pieniądze do domu odwieźć, pozwolenie od pana dostać i dopiero przyszedłbym po ciebie. A mistrz co na to?

— Mistrz dobry; będę go strasznie prosił, to się dwa dni obejdą beze mnie. Stanko mu równie dobrze pomoże. Zresztą, ołtarz już tak jakby skończony, złocą go tylko i malują... Jasiek, Jasiek, już mię ani ciżemki od królewica tak nie radują, jak ta nadzieja, ta nadzieja! O Matko Boska z matusinego obrazka... dziękuję ci!

*

— Patrzajże, to ja właśnie tą samą drogą szedłem do Krakowa — dziwił się Wawrzuś — Łobzów, Balice, Rudawa, Pisary, ino560 przed Pisarami to już se nie spomnę. Daleko jeszcze?