— Za mało, za mało566 — odpowiada gospodarz, skręcając w lewo ku lasowi.
— Daleko jeszcze? — niecierpliwił się Wawrzuś.
— Ino ta górka zasłania — odpowiedział Jasiek.
— No to biegnijmy. Wypoczęliśmy na wozie, a ty się wleczesz jak ten ślimak.
— Biegaj sam, kiedyś taki chybki; ja już nie mogę prędzej.
Szli pod górę w milczeniu.
— Jasiek... ta wieś... tam... czy to...
— Juści, że Poręba. Idźże se do domu, a ja popytam się o wójta i z nim pierwej pogadam. Kiedy macosze niedola, to może bym ja od niej ojcowiznę wykupił.
Wawrzuś nie słyszał już ani słowa... biegł ku wsi nieprzytomny z radości. Ach, co tam matusia teraz robi? Ani się domyśla, że jej synek stracony, już-już... za chwilę... za pół chwili do nóg jej upadnie.
Przystanął. W oczach mu się mieniło, w uszach dudniało, oparł się o drzewo, bo się czegoś nogi pod nim uginały.