„O raju... tak blisko, a ja stoję i ruszyć się nie mogę”.

Przetarł oczy, otrząsnął się powoli, nieśmiało szedł w ulicę. Minął chatę Bartoszów, sad, stodołę...

„A jak zmylę?... Ta druga, Macieja Kowala, teraz Marka Walecnego, teraz... teraz... teraz nasza!”

Jakby mu kto kamienie do nóg przywiązał, wlókł się ociężale, potykał się jak pijany...

Na przyzbie przed domem siedział ośmioletni jasnowłosy chłopczyna i kozikiem gruby kij oskrobywał.

„W imię Ojca i Syna... dy567 to ja! Jak raz moje lata, moje włosy, oczy, całe liczko moje... dobrzem się sobie naprzypatrował w zwierciadle u księdza kanonika... E... coś mi się zwiduje... mamidło568... dziecka bym się bał?”

— Niech będzie pochwalony; czy dobrze trafiłem do Wojciecha Skowronka?

Chłopczyk spojrzał nań nieufnie, głowy nie podnosząc, i mruknął:

— Na wieki; juści tutaj.

— A czy gospodarz w domu?