— Nie, w polu.
— A gospodyni?
— Do dworu posli.
— A czyjżeś ty?
Malec odpowiadał niechętnie, badawczo tylko przypatrując się nieznajomemu; ostatnie pytanie wydało mu się zapewne bardzo niemądre, bo zapomniał o wszelkiej przezorności wobec obcego człowieka i parsknął śmiechem.
— A cyjze by? Tatusiów i matusin.
— A po cóżeś tu przyszedł?
— Kazem miał być? Chi! chi! chi!... ja se ta we swoim domu siedzę; ale wy, panicku, cegoj tu chcecie?
— Matko Najświętsza, rozumiem... — łzy mu się zakręciły w oczach; przysiadł się na przyzbę do dzieciaka, ten mu jakoś nie bronił i dalej swój patyk obrabiał.
— Toś ty synek Wojciechów?