— Królowo Anielska, ratuj nas! — wołał Stwosz ochrypłym głosem. — Trzymaj się, nieszczęśniku, filarka!

— Po co filarka? — zaśmiał się zuchwalec z góry — na jednej nodze miałem się zeprzeć, a tu, widzę, aż na dwie miejsca starczy. Dajecie ten pastorał abo615 nie?

— Już uwiązałem. Ino powoluśku ciągnij, cobyś nie uwadził o jaką gałązkę.

— Bogiem a prawdą, bieda...

— Co? Zemdliło cię? — zawołał Stwosz. — Ino mi nie poglądaj w dół... usiądź, przymknij oczy... spocznij...

— Ady616 się nie troskajcie o mnie, mistrzu! Zalim617 to nie Skowronek? A onemu618 czym wyżej, tym weselej. O co inszego mi chodzi. Nie mogę wetknąć pastorału, bo ręka świętego za wysoko. Pozwolicie wyspinać się po filarku? Nie uszkodzę, jak Boga kocham!

— Nie wolno... nie wolno... zabijesz się!

— Ale... cobym się miał zabijać! Ino ciżmy zezuję619, bo mi te długie nosy gawędzą620.

Postawił trzewiki na brzegu postumentu, pastorał oparł o posąg, objął rękoma i kolanami filar wspierający baldachim nad świętym Stanisławem i posunął się o stopę wyżej... znowu o stopę, jeszcze troszkę...

Stwosz przymknął oczy; żyły, nabrzmiałe na skroniach, drgały gorączkowym tętnem.