— A teraz pełzaj powoli ku schodkom... płachtę odepnij... cicho... któreś się rusza.
Zatrzymali oddech, czekali, Froncek znów zaczął chrapać, Margosia mruczała coś przez sen.
— Możesz iść śmiało, śpią twardo; a nie przewróć tam czego.
— Bóg zapłać; nie pocałujecie mnie na drogę?
Uściskali się.
Coś zaszeleściło pomiędzy skrzyniami i tłumokami, trochę świeżego powietrza wpadło do wnętrza przez odpiętą płachtę i więcej nic.
Dzięki codziennym ćwiczeniom gimnastycznym skok z jadącego wozu zabawką był dla Wawrzusia, zwłaszcza że konie, drzemiąc, stąpały noga za nogą; Grzegorz dla odpędzenia snu szeptał godzinki.
— Pocekaj, teraz ja mądry, juz mnie drugi raz nie złapies — szepnął, grożąc ściśniętą w kułak rączką niewidzialnemu tyranowi. — Ciemno jak w kominie, schowam się w krzaki, a ty mnie sukaj, póki ci sie nie sprzykrzy.
Dał susa w las.
„Nie... po krzakach przysiadał nie będę; zaświecą ze dwie latarnie i gotowi mnie wypatrzyć; albo zwierz będzie przechodził, to mnie zje. Wylezę na drzewo”.