Margosia odpowiedziała chrapaniem, a matka udawała, że śpi.
— Ojoj... tatusiu...
— No co?
— Siennik pusty, chłopaka nie ma!
Grzegorz syknął przez ściśnięte zęby jakąś klątwę w tysiące tysięcy, ale nie tracąc czasu na próżne słowa, natychmiast skrzesał ognia, zaświecił latarnię i Fronckowi kazał zrobić to samo.
— Chodźmy szukać — rzekł — ty patrz z lewej strony, ja z prawej; nie musiał ubiec daleko; ani trzech pacierzy nie ma, jak szelest posłyszałem.
Puścili się wzdłuż drogi, licząc, że dziecko dogonią. Gdy ubiegli spory kawał, dopiero im na myśl przyszło, że się mógł schować gdzie bliżej w gęstwinie. Więc wracali już powolutku, przyświecając krok za krokiem, krzak za krzakiem, jednej kępki paproci nie opuścili; przystawali, nadsłuchiwali — nic.
— Przywiąż no latarnię do żerdki, poświecisz wyżej między drzewa, może się gdzie na które wydrapał.
— O Jezu! — szepnęło dziecko — prosto na moją sosnę świeci... musi mnie uwidzieć... białą kosulę znać między gałęziami...
— Cóżeś się tak zapatrzył w jedno miejsce?