— W cym, w cym?

— W Norymberdze. To jest miasto na cały świat sławne. Uczyłem się tam znowu u bardzo znacznego majstra, Lebrechta, świadectwa piękne do domu niosę. Z Norymbergi wyszedłem tamtego lata, zatrzymywałem się po drodze w inszych miastach; tu tydzień, tu miesiąc, tu dwa; dziś nareszcie wracam z utęsknieniem do ojców226, jako i ty do swojej matusi. Teraz odpoczniemy, zjemy se co, a za godzinkę już koniec mojej drogi.

Usiedli pod drzewem, Stanko zdjął z pleców zawiniątko, rozwiązał, dobył czystą szmatkę, z niej chleb i mięso pieczone; u pasa na sznurku miał nóż składany, ukroił sobie i malcowi, jedli i gawędzili.

— No, śpieszmy się; tak mnie już coś gna, ino bym leciał jak na skrzydłach.

— A ta wieś jak się nazywa, nie wiecie?

— Jakżebym nie wiedział? Dy ja tutejszy: to Łobzów227; najjaśniejsi królowie mają tu zameczek dla wypoczynku w lecie albo gdy na łowy jadą. Ojciec mówili, że to wielki król Kazimierz228 zbudował.

Szli dalej; pola okryte zbożem nie zasłaniały widoku.

— Jezus, Maryja... co to takiego! — krzyknął Wawrzuś i rozkrzyżował rączki.

— Gdzie? Co? Czego krzyczysz?

— Rety... a tam, tam, tyle tego... mury strasecne, wiezów tyle... jedna wedle drugiej... strzelają aze do nieba! Moze to nie naprawdę? A wy nic nie widzicie?