W oknie dzwonnicy ukazali się znów ludzie... Ciemny przedmiot obsuwał się coraz niżej, widocznie zawieszony był na linach, które tamci trzymali.
— Kosz! — omal że głośno nie wykrzyknął Jacek. — Jak Boga kocham kosz!... Człowiek w koszu!... O rety... żebyż go nie spostrzeżono!
Już nie ten sam wąsal, inny jakiś wartownik przyskoczył do okienka nad furtą.
— W tej chwili mi precz pójdziesz, smyku niedowarzony!
Kuba rozśmiał się zjadliwie.
— Ja smyk? Ano prawda, młodym jest. A tobie zazdrość, zbirze najemny, coś już lata zdarł w dziesięciorakiej służbie. Ileż ci płacą za dniówkę, hę? Kto ci da grosz, ten twój pan! Chachachacha!
— A ty pędraku... błaźnie jeden... zda ci się, że z babami masz do czynienia? Precz, bo kuszę naciągam i przestrzelę cię na wylot!
Tajemniczy kosz dotknął szczytu muru klasztornego i zatrzymał się. Jacek przyskoczył do Kuby i szarpnął go z całej siły za rękę.
— Milcz, jeśli ci żywot miły! — szepnął mu w samo ucho, a głośno i dobitnie rzekł do żołnierza:
— Idziemy już oba, panie wachmistrzu, idziemy; raczcie wybaczyć chłystkowi głupiemu. Piwo mu w głowie szumi, to i plecie jak na mękach... Zdrowego snu wam życzę; dobranoc!