— Dobranoc — mruknął strażnik, zasuwając okiennicę.

— O Jezu... szczęście, że sobie poszedł — westchnął Jacek.

— Cóżeś ty rozum postradał, abo cię tchórze obleciały? — wrzasnął Kuba, ochłonąwszy nieco z pierwszego zdumienia. — Puszczaj... pobiegnę do furtki; jeszcze mu za mało zelżywości nagadałem; niech sobie raz użyję. A to coś niesłychanego... takiego łotra bezecnika przepraszać będzie!

— Ani pary z gęby nie puścisz, bo cię uduszę — syknął Jacek i palcem wskazał na mur. — Rozumiesz teraz?

— A tam co takiego?

— Co? Człowiek jakiś ucieka; ojcowie mu niosą pomoc. Usuńmy się dalej na prawo, coby nas z baszty nie dostrzeżono; może i my się na co przydamy.

Kosz osiadł na ziemi po zewnętrznej stronie muru.

— O Matko... fosa głęboka... wody niemal do pół... patrzaj no, Jacek... mnich jakiś!

— Zesuwa się... o rety... już ma po ramiona...

— Już po szyję...