— Trzeba go ratować...

Jacek położył się na brzegu fosy i odchrząknął cichutko.

Człowiek zanurzony w wodzie, podniósł głowę nasłuchując.

— Wielebny ojcze, nie lękajcie się... my swoi... ino śmiało do brzegu!... Tędy lepiej... na lewo... jeszcze na lewo...

— Cóż gadasz? Na prawo przecie... — szepnął Kuba.

— Nam na prawo, to jemu z przeciwnej strony na lewo.

— Chyćcie się mego kija... — szepnął Jacek — podciągnę was na wał... Nie bójcie się, nie puszczę... mocno trzymam.

— Tu nogę stawcie... tu wyrwa, jest się na czym zeprzeć.

— Jeszcze jeden krok w górę... podajcie mi drugą rękę.

— O Jezu, dzięki Ci... Już!