Habit zakonnika, ociekający wodą, przylgnął mu do ciała; drobny był to człek i zmizerowany; nie miał nawet czapki na głowie.

Chłopcy spojrzeli nań, potem na siebie, i jakby jakiemuś potężnemu hasłu posłuszni, padli obaj do nóg nieznajomego.

— Wyście to, Panie najmiłościwszy! — zawołał Jacek i podjął go za kolana.

— Bóg wam zapłać za serce i za pomoc... spieszno muszę uchodzić... wróg tuż... Noc mię przed nim skryje.

— Odpuśćcie mi śmiałość niezmierną... nie baczcie na zuchwalstwo... — jąkał Jacek. — Zasługuję na Wasz gniew, Panie, ale co inszego mam robić? Zrzućcie ze siebie czym prędzej te mokre łachy; mój kożuch gruby, ciepły, wnetki się zagrzejecie.

— A moimi ciżmami też nie raczcie gardzić... — prosił Kuba. — I nogawice mam nowiuśkie...

— A moja czapa świeżo dzisiaj podszyta... Ważymy się uwłaczać waszej książęcej osobie.... widzi Pan Jezus jako rzucilibyśmy wam pod stopy bławaty i złociste lamy22. Nie patrzcie na nikczemność odzieży, najdobrotliwszy Panie; przecie co suchy kożuch, to nie mokre płachty; raczcie się przyodziać.

Władysław Łokietek przesunął ręką po oczach.

— A wy? Na takie zimno?...

— My? Nic nam się nie stanie! — zaśmiał się Jacek... — W dyrdki pobiegniemy nocować do wujka, ani poczujemy nawet.