Położył ręce na ich pochylonych głowach.
— Posłużyliście mi, jako synowie ojcu. Jako od synów umiłowanych przyjmuję.
Rozdział drugi. Upłynęło lat piętnaście.
Wcześnie zawitała wiosna do Polski w roku 1305. Pod koniec kwietnia zieleniły się już wszystkie łąki; spora trawka, przetykana kaczeńcem i stokrocią, runiała za powiewem wiatru. W sadach kwitły wiśnie, a na jabłoniach różowiły się nabrzmiałe pączki; jeszcze dzień, jeszcze pół dnia, a pękną przejrzyste błonki, i drzewa staną w cudnej krasie, puszystym kwieciem osypane.
Ozimina ślicznie pokazuje, ludzie orzą co ino sił i dnia starczy, nieraz i do ciemnego wieczora. Skowronki biją skrzydełkami gdzieś aż pod samym niebem, chwalą się aniołom, jak to u nas pięknie na ziemi, a Panu Jezusowi dziękują za słoneczko. Zaczem23 spadają na świeżo zoraną ziemię, jak ten kamień z góry rzucony.
Nawet nagie skały w Ojcowskim Wąwozie nie takie szare, smutne, jak w zimie; co szczelina, to gałązeczka, co szparka, to listeczek; młody tegoroczny mech zielenieje na starej srebrzystej kępce. Dołem wąwozu, między górami i skałami, płynie sobie Prądnik z hałasem; mruczy a szumi, o kamienie bije... Nie wiadomo czy z wielkiej uciechy, że mu ciepło i jasno, czy ze złości, że się zimowy odpoczynek skończył, że lód stopniał do cna; spać już nie wolno, trzeba spieszyć, biegnąć, lecieć na dół, byle prędzej, coraz prędzej... do Wisły.
Wieś rozsiadła się na równinie, trochę opodal od wąwozu. Na szerokie płachty łąk wypędzili pastuszkowie po raz pierwszy krowy i cielęta. Bydło zmęczone zimnem, dusznością stajen, znudzone suchą zimową paszą, wybiegło w ten ciepły ranek na pastwisko w ciężkich niezgrabnych podskokach, tłocząc się i porykując radośnie. Miejsca krówki miały dosyć, nie było o co się kłócić. Wszystkie łby pozwieszane do ziemi, mokre ozory zagarniają zwinnie soczystą trawę, pyski w ruchu, że ino chrzęst i sapanie słychać, jak łąka długa i szeroka.
Czterech pastuszków pokładło się na brzuchach, grzejąc plecy do słońca; łokciami się podpierają, i gawędzą o swych codziennych sprawach. Piąty, blady wątły chłopczyna, w kożuszku mimo ciepłej pogody, siedzi oparty o wierzbę i patrzy w zamyśleniu na kamienne olbrzymy.
— Wiecie... — powiada Jasiek, strojąc tajemniczą minę — nalazłem wczoraj w sadzie jeża; owiązałem go łyczkiem, coby mi nie uciekł i schowałem za piec. Ciekawość, co takiemu gadowi lubuje? Ziarno, abo muchy, abo glisty?
— Tatusia zapytaj — radzi Wojtek.