— Ehe, a tatuś powiedzą: „odnieś na to samo miejsce, skądeś wziął; nie dręcz zwierza”.
— No, bo i prawda. Co ci po nim?
— Ja by go nie męczyłem, chowałem by go sobie.
— Puść go. — Jasiek ma miękkie serce, żal mu biednego stworzenia.
— Ja to nie lubię zwierzów, takich nieprzydatnych, ino te, co do roboty, abo do jedzenia — odezwał się najstarszy z chłopców, Pietrek. — Mam ci taki sprawny saczek, i znam dobre miejsca w rzece. Nie ma dnia, żebym kilka rybek nie ułowił.
— Rybek? Cóż z nimi robisz? — spytał milczący dotąd Waluś.
— Słyszycie ludzie? Nie wie, na co ryby. A do jedzenia! Matusia sprawią, ugotują, czy na obiad, czy na wieczerzę ku kluskom, i mamy wszyscy uciechę.
— Mnie się ino kamyczki podobają.
— Co takiego? Dziwo z tym Walkiem dalibóg! Kamyczki mu się podobają! Teraz ja się spytam, na co ci się zdadzą?
— A do patrzenia, do zabawy. Nie te ostre, brzydkie, co ich wszędy pełno, ale takie gładziuśkie, co je rzeka wypłucze, wyszoruje. Takci się farbują przeróżnie..., to modre, to ciemnozielone, jak sosnowe igły; to znowu czerwieniate, jak malina...; cudności kamyczki! Czasem iskierka jakaś złota w nich migoce, a czasem długi złoty paseczek skroś kamienia się wije. Wtedy sobie umyślam...