— No co? — zapytał Wicuś od Myrdałów.

— Ee... nic. Dworujecie se zawdy ze mnie...

— Gadaj, gadaj, nie dbaj na to.

— Umyślam se... — powoli mówił blady chłopczyna — że jaka z dawności czasów królewna szyła sobie szatki przeróżne złotą nicią. Aż tu ją czarownica, abo jaka zła boginka zaklęła w skałę... Wszystko z nią razem zakrzepło, a te piękne kamyczki, to skrawki z onych królewskich sukienek.

— Juści, mogło tak być — marszcząc brwi, rzekł z powagą Wojtek. — Przecie leśne panny, dziwożony, południce, do dziś dnia po kniei dokazują. Ma się wiedzieć, w owe czasy, co się człowiek ani przeżegnać nie umiał, jeszcze było stokroć gorzej.

Przemądrzały Pietrek parsknął śmiechem.

— Juści... gębę rozdziawiać, zęby suszyć nie sztuka — obruszył się Jasiek — radbym widział, czy pójdziesz w dąbrowę po zachodzie słońca?

— Cobym nie miał iść? — odmruknął Pietrek niewyraźnie. Walek rozruszał się, rozgadał, dalej swoje prawił:

— A patrzaliście kiedy, ale tak, z bacznością wielką, na te nasze skały Ojcowskie? Toć omal ani jednej nie ma, coby ino zwyczajnym głazem była, prawda? Na ten przykład ta długocka, wysoka, ze szczerbatym wierzchem... Ślepy ino nie widzi, że to panna w koronie, klęcząca ze złożonymi rękoma. A ta znowu na prawo, gdzie dwie lipki na zboczu rosną, tobyś przysiągł, że baszta od jakowegoś grodu.

— Juści, ani wątpienia; musiało tam być ongi grodzisko — przyświadczył Jasiek. — Po obu stronach gruzy, jakieś resztki murów...