— Cóż jeszcze? Żali kusze, abo tarcze skamieniałe? Bajecie nicpotem, aże mgli słuchać — odezwał się znowu Pietrek. — Ani to baszty, ani to zwaliska, ani to panny klęczące, ino tak było w Ojcowie od świata stworzenia, i tak będzie do końca. Co wam się troi? Prawe skały i tyle.

— Któż cię uczył, żeś taki mądry, niczym proboszcz?

— Nikto mnie nie uczył, ino mam rozum ze siebie, a wyście głupi.

— A jakbym ci jednę rzecz powiedział, tobyś dopiero uwierzył w zaklęte miasta i skamieniałe królewny — rzekł Waluś i otrząsnął się, jakby go dreszcz przeleciał.

— Ciekawym co?

— Odkąd Maryśkę Pan Jezus zabrał, matusia tak się o mnie boją...

— A cóż mnie to obchodzi, że się matusia boją o ciebie? Cóż to ma jedno do drugiego?

— Ino słuchaj, nie przerywaj, bo muszę gadać po porządku.

— Gadaj, gadaj, nie zważaj na Pietrka; on zawdy taki niezgodliwy, dokuczny — zawołał Wicek.

Więc Waluś rozpoczął po drugi raz: