— Tak się boją, że mnie ino w bożem drzewku, a w dziewięsile kąpią, maściami smarują do spania, co rano jajecznicę mi smażą, a mleka to se mogę pić, wiele chcę. Boją się, cobym nie pomarł. Tak się dobrze trafiło, że Sobek ze Strzemieszyc był na godnie święta24 w Ojcowie, to się go w te pędy radzili, co ze mną robić. Ano kazał smaczno żywić, rano wczas nie budzić, ino czekać aż słońce przez górne gałęzie z lasu zagląda. Aha... jeszcze jedno: cobym się po całych dniach na polu bawił.

— Dobra chorość, dobre leczenie. — drwił Pietrek.

— Tedy mi nic nie kazują robić, cale nic. Ani izby zamiatać, ani na polepie palić, a skoro słonko dobrze już wysoko, to mi kożuszek zawdziewają, w postoły nogi obuwam, chleba ze serem dadzą mi matusia do garści i pędzą z domu: „Idź na łąkę.” To i łażę, gdzie oczy niosą, wszędy mnie pełno. Ani stary Mikołaj, choć pono ma sto lat beze dwóch, nie zna tak Ojcowskich skał jako ja. Gdzie jamka, gdzie nora, abo jaka większa jaskinia, wszystkiem spatrzył, znam każdą. Wszędy trafię, na każdym szczycie dziesięć razy byłem; choćbyście mi oczy zawiązali, i zawiedli do najgłębszej dziury, od razu się opamiętam, i tak się pięknie wrócę do domu, jako nie przymierzając z tej łąki.

— Ehe, to dlatego tak cię trudno we wsi napotkać?

— A nie boisz się strachów?

— Do wczorajszam się nie bał...

— Gadajże, gadaj.

— Wczoraj, jako że była niedziela, poszli ojcowie na nabożeństwo do Skały; mnie nie wzięli, bo za daleko. Zmówiłem se przed krzyżem na krakowskiej drodze trzy pacierze, pocałowałem ziemię i walę prosto ku przesmykowi, między Basztą a Psem.

— Jakim Psem znowu?

— A o! — I Waluś wskazał palcem na złom, najwyraźniej psią głowę przypominający. — Idę, idę pod górę, oglądam się w tę i ową stronę, rzucam okiem w lewo... ażem przystanął... Szczelina szeroka, a ja o niej nie wiem? Czy się w nocy skała rozpękła, czy głaz jaki, co tę skałę zasłaniał, stoczył się w dolinę? Nie może to być, żebym ja taką jamę prześlepił. Trzeba zajrzeć. Włażę ci powoluśku, bo się boję, coby mnie jaka żmija nie ujadła, alibo niedźwiadek... włażę, krzesam ognia, zaświeciłem trzaseczkę i rozglądam się po wszystkich kątach. Wcale to obszerna pieczara; i górą, i na boku przestronna, od sklepienia zwieszają się skrzepnięte sople, ano dobrze. Na środku kamień czworogranny, taki na przykład, jakby mnie do pasa; na nim drugi, płaściutki, a dosyć szeroki; nie co inszego, prawiutenieczko stół. Hoho... ktoś tu mieszkał... ale kto i kiedy? Chyba dawno. Parę brył z grubsza ociosanych leży pod ścianą; siadywali na nich ludzie, tak się zda. Przy drugiej ścianie wysoka kupa jakiejsi butwielizny, czy zeschłego błota; nic się nie da rozeznać, ino dużo tego. Może to były mchy i liście, może człek jakiś sypiał na tym?... Dobrze, com se przysposobił smolnych trzasek, bo mi pierwsze łuczywo zgasło. Idę dalej, macam ścianę, jakieś wgłębienie, na podobieństwo półki, albo skrzynki; przyświecam... Pietrek zaraz powie, że nieprawda... Młotek z kamienia urobiony cale jak należy, wedle młotka siekiera.