Pietrek z Wickiem zostali przy krowach, Wojtek i Jasiek pobiegli za Walkiem.

— Widzisz, jakiś ty — rzekł Jasiek, przytrzymując go za rękę — myśmy ci marnego słowa nie rzekli; opowiadałeś pięknie, tośmy cię słuchali i przed Pietrkiem bronili; czegożeś zły na nas?

— A o cóż to matusi poszło? — spytał Wojtek rozciekawiony.

— Poszło, to poszło. Nic nie powiem.

— Widzisz, a ja ci chciałem przedziwny kamień podarować. Mam go w chałupie.

— Kamień? — Waluś przystanął, spojrzał na Wojtka i przygryzł wargi.

— A juści, pewnoś takiego jak życie nie widział.

— No?

— Biały, niczym śnieg, i tak sam właśnie migotliwy, kieby śnieg, co świeżo spadnie, a mróz go zetnie. Cały jakby urobiony w jakiesi słupki czubate a złotych kapek na nim, jakby kto kropidłem bryznął.

— Złotych kapek?.... kropidłem?... Prawdę gadasz?