— Tak prawdę, jak tu przed tobą stoję. No, mójeś ty26, opowiedz!

— A nikomu nie powtórzycie?

— Niech Pan Bóg broni! Ani człowiekowi, ani zwierzowi, ani niebu, ani ziemi, ani wodzie, ani ogniowi! — zawołali jednym głosem Wojtek i Jasiek, podnosząc ręce w górę.

— Bo to widzicie nic wielkiego; ino matusia kazali milczeć, bo się ludzie ze mnie wyśmieją, jak się dowiedzą, a ja tego strasznie znieść nie mogę.

— Kiedyśmy się tak ciężko zaklinali, to się już nie bój, gadaj śmiele.

— Wiecie, ja sam już nie mogę się połapać; może naprawdę śniło mi się to wszystko, albo zwidywało...

— No co? Powiadajże!

— Przedwczorajszej nocy, kazali mi matusia wcześnie iść spać za piec, bo to właśnie przy sobocie statki mieli szorować i sieczki prosiakom narznąć na niedzielę, czyste wdzianie sobie, tatusiowi i mnie przystroić, jednem słowem chcieli mieć spokojną głowę. Zarozieńki27 usnąłem twardo, bom się strasznie nabiegał przez cały dzień po górach. Śpię, śpię, aż tu mi się zda, że drzwi do sieni skrzypły. Cóż tam takiego? — myślę sobie — jeszcze się nie pokładli? Wszakże to musi być po północy od świętej pamięci; naspałem się, aż hej. Słyszę, ktoś chodzi po izbie, ktoś cicho gada... otwarłem oczy, jeszcze bardziej się dziwuję. Kaganek zaświecony, na ławie za stołem człek siedzi...; pierwszy raz w życiu go widzę; włosy ma czarne, ponad brwiami przystrzyżone, wąsy tęgie. Matusia biały ręczniki zaścielają, dzbanek z mlekiem przed onym postawili, garnuszek polewany, chleb, nóż, a sami pokornie na stronie przy piecu stanęli. Ukroił sobie dużą skibkę, pił mleko, a chlebem pogryzał, widno był głodny okrutnie, bo kilka razy dolewał ze dzbanka. Na to wszystko tatuś wchodzą z pola. Pochylili się ku onemu i coś mu rzekli niegłośno. Inom jedno słowo dosłyszał: „bezpieczno” więcej nic. Kiedy się już ówten człowiek pożywił, wstał z ławy i zaczął coś gadać z tatusiem po cichu, a jam sobie oburącz gębę zatkał, aby nie wrzasnąć.

— Bo co? — spytali zaciekawieni chłopcy.

— Bo z twarzy dobrze starszy był od tatusia, a na wysokość... niczem ty, alibo ja. No, nie chcę zmyślać, może krzynę wyższy. Tatuś bez pół się zginali, jak gadali do onego. Odziany był ten człek w kożuch dostatni i barankową czapę. Jak se dziś rozważam, to przecie musiał być sen; bo powiedzcież sami: człeczyna niepozorny, w kożuchu, ot, może nawet nie wolny kmieć, ino jaki łazęga, a gdy się żegnał i miał odchodzić, oboje rodziciele do nóg mu padli, a po kolanach całowali. Matusi to tak łzy ciekły z oczu, jak woda. Nie, nie, to nie mogło być co inszego, tylko sen.