— Nie bajki, nie; ja nawet wiem, jak herszt onych złoczyńców wygląda. Srogi to zbrodzień; ani dziecku, ani niewieście nie pofolguje, nóż jego ze krwi nie obsycha.
— O rety... skoro go znacie, łacno wam go pojmać?
— Trzy dni temu na własne oczy go widziałem i umknął mi... właśnie w te strony. Przysiągłbym, że tutaj gdzieś blisko się kryje. Gdybyś go wytropił, wszak powiadasz, że ci każda jama znana? Gdybyś go wytropił, a dał znać na gród do Skały, tobyś za to dostał nie srebrny pieniądz, ale śliczny, złociuśki.
— Nie dla nagrody panie, ino gwoli ustrzeżenia ludzisków od takowego mordercy, przyrzekam wam, że go szukać będę; i jeśli tylko siedzi gdzie w tych skałach, najdę go, ani chybi.
— Ino musisz tajemnie się sprawiać; nikomu nie wspominaj ani o mnie, ani o tym, com ci wyjawił. Źli ludzie wszędy się trafiają; może on we wsi ma wspólników... niechby się który dowiedział, że go szukają, zaraz by go powiadomił.
— I to może być. Aha, obiecuję, a sam nie wiem co. Po czymże poznam tego człowieka?
— Bardzo łacno; nie co dzień się takiego widuje: twarz ma jak na zbrodniarza cale przyjemną; włosy krucze, równo z brwiami przystrzyżone, wąsy bujne, szczupły a mały wzrostem, niczym dziecko.
— Jezus Maryja! — wrzasnął Walek nieludzkim głosem.
— Co! Może go znasz? Możeś go już widział? — chwytając chłopca za obie ręce, skwapliwie pytał podróżny.
Dziecko blade było jak chusta i drżało na całym ciele.