— Gadaj! Znasz tego człowieka? — ostro krzyknął obcy.
— Nnnie... ni... nigdym go nie wi... widział...
— Ino co? Nie kłam! Ty coś wiesz o nim!
— O rety... nie wiem nic... ino... ino się boję... boję się, coby mnie nie zarznął!
— Głupiś. Choćbyś nawet z nimi rozmawiał, ani mu do głowy nie przyjdzie, żeś mu wróg. Właśnie do takiej roboty dziecku najskładniej. Szukaj śmiele, upatruj, a złoty grosik twój. Pytaj na grodzie o rycerza Wrzecisława ze Żlebu. A cobyś wiedział, że moje słowo święte, masz tu srebrniaka na zadatek. Dotrzymasz obietnicy, nie pożałujesz.
Nieznajomy zawrócił się i schodził na dół stromą ścieżką powoli, ostrożnie, patrząc pod nogi. Szkoda, że się nie mógł obejrzeć, byłby zobaczył coś bardzo dziwnego: Waluś rozkrzyżował ręce, padł twarzą do ziemi i wybuchnął tak gwałtownym płaczem, aż nim coś rzucało i szarpało. Płakał, płakał, wreszcie zesłabł, ucichł i leżał, jakby omdlały.
Minęła godzina, chłopiec dźwignął się leniwie, spojrzał przed się, jak ktoś, co ze snu zbudzony — nie rozumie na razie, gdzie się znajduje. Przetarł zapuchnięte oczy i usiadł na powrót na skale.
— Skłamali matusia... O rany Boskie krwawiące... skłamali tatuś! Ze zbójami tatuś trzymają! — Nie, nie... obłąkaniec ja... głupi...; ady oboje powiedzieli, żem słaby. To chorość takie breweryje wyprawia we mnie. Ten człowiek, co tu był, i każde jego słowo, to ino takie zwidy.... pokusa... nagabywanie dyjabelskie. Gadali przecie matusia, że zimnica zawdy się tak poczyna. Spałem ciężko... a jakże... spałem; nie ma się czego trapić. Lepiej do domu pójdę. Oj będą też swarzyć..... pewno już obiadowali beze mnie.
Wstał, podniósł z ziemi czapkę, coś z niej wypadło i potoczyło się po kamieniach.
Waluś chwycił się z krzykiem za głowę.