Leżał wznak na łóżku i patrzał; powoli martwość schodziła z jego twarzy, oczy utkwione w przeciwległą ścianę bezmyślnie, poruszyły się... zobaczył ojca. Wzdrygnął się i przymknął powieki, a dwie szkliste krople spłynęły mu po licach.
— Tatusiu... król?
— Juści, synku. Miłościwy król Władysław.
Waluś obrócił się na boczek, poszukał tatusiowej ręki, pocałował ją i przytrzymał.
— Wybaczyliście?
— Ani chcę nawet myśleć o tym! — odpowiedział ojciec. — Cóżeś ty, biedne dziecko, winne, że cię źli ludzie omamili.
— Ten, co mi rozum pomieszał, aż was śmiałem pomawiać o bezecne uczynki, zwie się rycerz Wrzecisław ze Żlebu.
— Aha. Któż by nastawał na wolność i żywot naszego pana, jak nie czeskie psubraty. Dobrze co o nim wiemy. Widzisz synku, żeś i ty usłużył uczciwej sprawie, choć poniewolnie.
— Powiedzcie mi jednę rzecz: jeśli królem jest, czemu się tak nędznie odziewa i kryje po jamach?
— Do czasu musi tak czynić. Wprawdzie wola całego narodu polskiego na tron go wzywa, jednakowo przemoc czeska cięży nad nami. Poobsadzał król Wacław grody i miasta swymi załogami, wszelkie urzędy Czesi sprawują; zaś trzy tatarskie napady wśród pięciudziesiąt lat32 zniszczyły do cna nieszczęsną krainę. Nie ma ludzi do roboty, nie ma siły wygnać precz narzuconego króla.