— Nie powiem.
W progu stanął gospodarz. Patrzył, słuchał, nic nie rozumiał.
— Matka... A tu co się dzieje?
Ale Dąbkowa miasto31 odpowiedzi porwała Walka za ramiona i rzuciła go silnie pod stopy ojca.
— Bij głową o ziemię! Całuj nogi tatusiowe! Błagaj, niech ci odpuści!
— Dajże dziecku spokój... cóż takiego nabroił?
— Język mi kołem staje... wypowiedzieć trudno... Gada ano, żeś do zbójców na służbę przystał, a najstarszemu z nich jadło nosisz.
Dąbek zbladł. Zostawić synka w tym okropnym błędzie, czy wyjawić tajemnicę?... Głos mu się rwał, gdy schylony nad Walusiem mówił cicho:
— Synaczku... ów człek, dla którego co dzień nad przepaścią zawisam, dla którego dam się ochotnie na sztuki porąbać, za którym na palca jego skinienie wszystek Ojców w ogień poleci... to nasz pan umiłowany, zbawca swego ludu, Władysław Łokietek... polski król!
Długo trzeźwili Walusia oboje rodzice; zlewali mu głowę zimną wodą, nacierali czoło, potrząsali, zanim dobudzili się w nim życia. Chłopiec wyczerpany tylodniowym udręczeniem, osłabiony i zmizerowany wstrętem do jadła, omdlał ciężko; matce się zdało, że już umarł. Wreszcie otworzył oczy; nie pamiętał, co zaszło, nie wiedział o niczym, patrzył senno, nieprzytomnie. Dąbek położył palec na ustach, bojąc się, by żona jakimś słowem, jakimś radosnym krzykiem nie zaszkodziła dziecku.