— Jużem zdrowy, matusiu... ino mi się jeść chce okrutnie.

— O raju... chleba z masłem ci przyniosę, zaczem33 się kasza zgrzeje.

— Ino mnie pocałujcie pierwej, i odpuście z serca.

— Niech cię Pan Jezus błogosławi. Tyle ci rzekę.

Pobiegła do komory, a synek objął ojca za szyję i przytulił się do niego pieszczotliwie.

— Tatusiu przezłocisty... nad żywot was miłuję!

Waluś zmiatał kaszę, aż mu się uszy trzęsły. Raz wraz poglądal, to na ojca, to na matkę, i uśmiechał się. Prawdziwie mógł powiedzieć, że mu kamień spadł z serca.

Rozdział czwarty. W ojcowskich pieczarach

Kilka dni minęło; gospodarskie zajęcia Walkowego tatusia i jego służba przy księciu Władysławie szły zwykłym trybem: rano robota w polu, w południe pospieszne obiadowanie i tajemna wyprawa do skał z dwojakami. Czterej młodsi bracia Dąbkowie biegali raz wraz do Krakowa i innych miast Małopolski z listami albo ustnymi zleceniami królewskimi. Zaczem nocą zjeżdżali się wezwani do Łokietka rycerze i odbywały się poufne narady. Inni starsi gospodarze, świadomi tajemnicy i niebezpieczeństwa, utrzymywali straż w krużgankach podczas tych zebrań u króla, by się tam nie wkradli zdradliwi Czesi, a zwłaszcza Wrzecisław, o którego zamiarach wiedziano od najstarszego z Dąbków.

Wysłańcy ze wszystkich dzielnic Polski donosili miłościwemu Panu, że rycerstwo gotuje się do walki; po dworach i gródkach kupi się młodzież zdatna do boju, każdy wedle swego zawołania ma się stawić na dane hasło, pod znak najstarszego z rodu. Wszystkie te przygotowania czynią się ostrożnie, jak najmniej widocznie. Zjazdy rycerskie pokrywają się pozorem łowów, zrękowin, wesel, aby tylko uśpić czujność starostów i starszyzny wojskowej czeskiej, dowodzącej załogami po miastach.