Podczas gdy Władysław Łokietek rozpytywał o szczegóły i wydawał rozporządzenia, Dąbek doglądał kaganków, zaświecał smolne trzaski, wtykał je w szpary i łowił chciwym uchem każde słowo. Śpiąca dusza ciemnego, zapracowanego chłopa budziła się do życia. Jak zboże na nowinie, tak bujnie wzrastała w jego sercu miłość ojczyzny.

Pewnego południa, właśnie co powstali wszyscy troje od misy, Waluś pociągnął ojca za rękaw i wybiegł poza chałupę.

— Chciałeś czego, syneczku? — zapytał Dąbek zdziwiony.

— Cośbym wam rzeknął, a nieradbym, żeby się matusia strachali niepotrzebno.

— Możesz gadać śmiele; przyspasabia obiad dla miłościwego pana, nie wyjdzie do nas.

— Tatusiu... widzi mi się, że... źle z nami.

— W jakim sposobie?

— Czeska potwora coś miarkuje.

Ojciec żachnął się.

— Niby że co?